Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Consolation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Consolation. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Consolation Rozdział III

            Zbliżał się wieczór, a w gospodzie coraz więcej pojawiało się klientów. Większość z nich była stałymi bywalcami, ale zdarzały się także nowe twarze. Arten przechodziła między stolikami i dolewała piwa oraz pobierała opłaty i zamówienia od nowo przybyłych. W momencie kiedy w dzbanach skończył się trunek, podeszła do lady gdzie jej matka dała jej pełne naczynia. Mimo panującego gwaru do jej uszu doszedł dźwięk otwieranych drzwi. Przez lata pracy wręcz wyszkoliła swój słuch, by wyłapywał trzaśniecie drzwi. Przemieszczając się miedzy stołami, w końcu doszła do tego zajętego przez nowych klientów. Z jej twarzy zszedł uśmiech, kiedy rozpoznała w jednym z nich Marca.
-  Większy dekolt w pracy – zaśmiał się jej szwagier.
- To co zwykle – spytała oschłym tonem.
Mężczyzna przytaknął głową i zaczął rozmowę z swoimi towarzyszami. Etner widocznie był zainteresowany czymś innym, jednak starsi nie zwracali na to uwagi. Po chwili na ich stoliku znalazły się trzy kufle piwa, a Arten znikła wśród gości.
- Zagraj nam! – ktoś krzyknął.
Dołączyły kolejne prośby i właściciel sięgnął po swe skrzypce. Wystukał rytm butem i rozpoczął grę, skocznej melodii. Długo nie trzeba było czekać by klienci zaczęli wyklaskiwać rytm, a niektórzy zaczęli tańczyć. Co chwilę jakiś próbował porwać do baletów, córkę karczmarza. Jednak brunetka sprytnie ich unikała i kręciła rozbawiona głową. Stali goście zaczęli się śmiać, wiedząc, że nie mają szans.
- Wiesz… - szepnął Marco. – Jest taka pogłoska, że kto pocałuje Arten ten będzie jej mężem.
Chłopak zrobił wielkie oczy na tą wieść. Jednak jego zapał zgasił śmiech ojca, który musiał się uspokoić łykiem piwa.
- Warunkiem jest by to było w karczmie, jednak skubana tak ich unika, że nikt już nie próbuje.
- Ale skąd ta wieść? – zdziwił się.
- Bo mój teść chce ją jak najszybciej wyswatać.
Wzrok rudzielca padł na dziewczynę i dopiero teraz zauważył jej zachowanie. Unikała obracania się kiedy ktoś nagle ją zatrzymał i nigdy nie pozwalała na zbytnią bliskość klientom. Pokręcił głową rozbawiony, nie dowierzając temu wszystkiemu. Po pewnym czasie Arten ponownie zawitała przy ich stoliku by dolać trunku. W tym momencie zaświtał mu pomysł.
- Arten… - zwołał ją wstając.
Nie spodziewał się, że dziewczyna wykona obrót by na niego spojrzeć. Bez namysłu chwycił ją w tali i pocałował. W karczmie nastąpiła cisza by w końcu odezwały się pierwsze okrzyki zdziwienia. Odsunęła się od niego gwałtownie i zalała się rumieńcem, zasłaniając usta. Odstawiła dzbanek przy jednym ze stołów i wybiegła na zewnątrz. Nawet nie zauważył jak Siwobrody znalazł się przy nim.
- Zobaczysz co z nią?
Kiwnął głową i ruszył ku wyjściu. Słyszał za sobą jak jego ojciec mówił coś o synowej, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Zimne powietrze uderzyło go w twarz, aż przystanął. Rozejrzał się w około by w końcu ujrzeć ją, opartą o ścianę. Wziął głęboki oddech i podszedł do niej.
- Odejdź – syknęła.
- Wybacz moje zachowanie, nie wiem co we mnie wstąpiło.
Wzdrygnął się widząc wściekłe spojrzenie dziewczyny. Miał wrażenie, że nie ważne co powie to i tak będzie na przegranej pozycji. Arten bez słowa go wyminęła i ruszyła jedną z bocznych uliczek. Czuł, że nie powinien za nią iść, bo może jeszcze oberwać trzewikiem, jednak jego duma mu nie pozwalała pozwolić jej się włóczyć nocą po mieście. Chcąc nie chcąc poszedł za nią, by w końcu ją dogonić. Brunetka nawet nie spojrzała na niego, ani się odezwała. Szła równym tempem wpatrując się w przed siebie. Gdy w końcu się zatrzymała, zauważył, że ponownie są pod karczmą.

            Rozejrzała się po holu, lekko stukając nogą. Czuła się zdenerwowana jednak nie wiedziała dlaczego. Nie mogąc ustać w miejscu podeszła do jednego z strzelistych okien i wyjrzała na zewnątrz. Przyglądała się miastu wielkości Amar, jednak było w nim coś innego. Świątynia nie górowała nad przybocznymi budynkami sakralnymi, ale stała obok zwykłych domów. Zamiast gór widziała złotawe pola, które kołysały się z lekkim wietrzykiem. Była pewna, że to nie jest jej rodzime miasto, ale nie potrafiła określić jakie. Poczuła na ramionach czyjeś dłonie, więc gwałtownie się obróciła. Pierwszym co zobaczyła, to czarny materiał koszuli. Dopiero jak zadarła głowę, ujrzała twarz mężczyzny. Miała wrażenie, ze gdzieś już go widziała, ale nie potrafiła określić gdzie. Chciała się odsunąć, jednak jej dłoń sama zaczęła wymachiwać palcem przed jego twarzą.
- Ile można na Ciebie czekać?- fuknęła obrażona. – A mówiłeś, że to ja długo się zbieram do wyjścia
Mężczyzna wzruszył ramionami i zaczął poruszać z ustami. Nie słyszała jego słów, ale czuła, że wzbiera się w niej coraz większy gniew. Tupnęła nogą i wyminęła go.
- Takiś mądry to sam sobie radź!
Szybkim tempem zeszła schodami w dół i wyszła przez drzwi. Jej oczom ukazał się wielki podjazd, na którym stała kareta. Młody chłopak otworzył drzwiczki, jednak wyminęła pojazd i ruszyła żwirowaną drogą w stronę bramy. Poczuła jak ktoś chwyta ją za przed ramię i obraca. Miała wrażenie, ze jej twarz od twarzy mężczyzny dzieliły milimetry, a on ciągle poruszał ustami. Czuła zdenerwowanie, że nic nie słyszy jednak powoli napływała fala uspokojenia. Nagle na jego twarzy pojawił się rumieniec i gwałtownie się odsunął, mamrocząc coś pod nosem.
- Nie musisz przepraszać – podeszła do niego.

            Gwałtownie otworzyła oczy, czując jak jej serce mocno bije. Nie mogła zrozumieć co oznaczają sny, jakie jej się śnią, ale były dla niej jak koszmar. Mimo iż nie działo się w nich nic strasznego, jej serce waliło jak oszalałe, a koszula nocna przyklejała do spoconego ciała. Przeczesała ręką włosy i wpatrywała się w sufit. W pokoju było ciemno, więc wywnioskowała, że jeszcze daleko do świtu. Powoli podniosła się z łóżka i wyjrzała na korytarz. Spodziewała się całkowitej ciemności, jednak na samym końcu przy schodach, migotało światło, jakby ktoś siedział w karczmie przy zapalonej świecy. Bez namysłu zeszła na parter i ujrzała swojego ojca, który oparty łokciami o jeden ze stołów, podtrzymywał rękoma czoło. Nigdy nie uważała go za starego duchem, ponieważ na każdym kroku widziała jak tryska energią. Jednak teraz wyglądał jakby postarzał się o kilka lat. Zrobiła jeden krok w jego stronę, a deski niemiłosiernie zaskrzypiał. Mężczyzna jednym ruchem zwinął materiał, jaki leżał na stole i gwałtownie się obrócił w stronę z której doszedł hałas. Dopiero gdy ujrzał swoją córkę, poczuł ulgę i ponownie zasiadł, lecz schował pod stół owe zawiniątko.
- Co się stało, że nie możesz spać w nocy – odezwał się swoim pełnym uczucia tonem. – Czyżby jakiś młodzieniec zaprzątał Ci myśli.
Zrobiła urażoną minę, że podejrzewa się ją o takie rzeczy. Jednak po części się z nim zgadzała, jakiś mężczyzna tkwił jej w myślach, ale na pewno nie był to Etner. Ten ktoś o kim myślała, był z jego snu, ale nie mogła sobie przypomnieć jego twarzy. Choć tak bardzo pragnęła, by wiedzieć kto w jej sennych marzeniach wzbudzał u niej tak szalone bicie serca, chociaż nie słyszała jego słów. Ten mężczyzna grał na jej wszystkich emocjach, potrafił zmusić ją do zamartwiania, tęsknoty, złości jak i spokoju. Ale kim był, nie mogła powiedzieć. Dopiero po kilku chwilach zrozumiała skąd te bicie serca po przebudzeniu. Czuła coś nowego – pożądanie.
Siwobrody spojrzał bacznie na córkę, która widocznie biła się ze swoimi myślami. Widział jak nagle oblewa się rumieńcem, a piersi unoszą się szybciej pod wpływem jej oddechu. Zaczął podejrzewać, że trafił w sedno, chociaż miał wrażenie, że Etner nie wzbudzał w Arten wielkiej sympatii. Chociaż długo nie wracali, więc mógł coś jej zrobić. Starał się odgonić te posępne myśli, wierząc w czystość swojej córki.
- Ojcze, czy miałeś kiedyś sny niezależne od Ciebie? – spytała cicho.
Miał ochotę odmówić modlitwę do Chwalebnej Misty, na myśl o jakich snach chodzi Arten. W końcu jego zdaniem jest w takim wieku, kiedy jej ciało i umysł zaczynają dostrzegać pewne aspekty. Dziewczyna szybko zauważyła na twarzy ojca zażenowanie sytuacją i od razu zrozumiała jak to zrozumiał.
- Znaczy się takie, gdzie jesteśmy świadkiem jakiegoś zdarzenia, ale nic nie możemy zrobić chociaż chcemy.
- Nie wiem, nie mam takich snów – odpowiedział ostrożnie. – Może chcesz porozmawiać o tych snach z matką. Wytłumaczy Ci co i jak.
Czuła jakby ktoś wymierzył jej policzek, przecież nie śniła o kontakcie cielesnym z mężczyzną tylko o… Sama nie wiedziała czym, ale takie oskarżenia były dla niej bolesne. Obróciła się na pięcie i wróciła na piętro, by wpaść do swojego pokoju. Zakryła twarz dłońmi i zsunęła się powoli na ziemię, opierając się o drzwi. Nie wiedziała co się z nią dzieje, jednak wyobraziła sobie scenę o którą oskarżał ją ojciec. Chciała zapaść się pod ziemię, nie wierząc w to jakie figle płata jej ciało. Wstała powoli i skierowała się w stronę łóżka, by po chwili na nie paść. Nie mogła zasnąć a ukojenie dało jej jedynie zaspokojenie po części żądz jej ciała. Miała jedynie nadzieję, że nikt nie dostrzeże to co właśnie robiła, czuła się taka brudna i nieczysta.

            Kiedy się obudziła robiła wszystko by nie patrzeć rodzicom w oczy. Śniadanie wolała zjeść w czasie sprzątania, a do kuchni weszła dopiero kiedy nikogo w niej nie było. Przeświadczenie, że parę godzin temu zaspokajała się sama, swoimi dłońmi było dla niej przerażające. Jednak nigdy nie czuła czegoś takiego. Ta fala gorąca, prąd przechodzący przez ciało i najważniejsze – rozkosz. Chciała by trwała wiecznie, jednak znikła tak szybko jak się pojawiła i zostawiła ją samą wyczerpaną. Dobrze wiedziała, że teraz będzie chciała ją zaznać częściej, a myśl, że mężczyzna może ją doprowadzić do takiego stanu była bardzo kusząca. Ale chciała by to był On – z jej snu. Właśnie z myślą o nim posunęła się do tego haniebnego czynu. Dobrze wiedziała, że źle robiła ale gdzieś tam na dnie jej serca, bardzo jej się podobało łamanie zasad.

Gdy wyszła z rana na ulicę, odruchowo przyglądała się każdemu mijanemu mężczyźnie z nadzieją, że któryś z nich jest tym tajemniczym z jej snów. Jednak nikt nie wydawał jej się odpowiedni, chociaż dobrze wiedziała, że nie pamięta jego wyglądu. Snuła się tak ulicami bez celu, aż wyszła po za bramę miasta. Odruchowo ruszyła w kierunku drzewa, pod którym ostatnio siedziała. Wydawało się to na jedyne miejsce, gdzie mogła spokojnie usiąść i rozmyślać nad snem. Nie mogła zrozumieć skąd u niej takie emocje, przecież nigdy nie pożądała jakiegoś mężczyzny. Wszyscy wydawali jej się tacy dziecinni lub za starzy. A jeden i to najprawdopodobniej nierealny doprowadził ją do takiego stanu. Usiadła pod drzewem, dokładnie ukrywając swoje nogi pod materiałem sukni i spojrzała w górę. Była ciekawa czy jeśli ponownie zaśnie to znów go zobaczy. Na samą taką wizję czuła jak zaczyna szybciej oddychać. Jednak nie miała pewności. Zanim to jej się przyśniło to wcześniej, przecież było coś strasznego. Więc jeśli i teraz będzie mieć koszmar. Zamknęła oczy zasmucona swoją bezradnością. Wtedy wieczorem łatwo mogła sobie wyobrazić sytuację, ale nie przynosiło to takich emocji jak sen. Była ciekawa co by było, gdyby ze sobą to połączyła.

Znowu widziała jego twarz, jednak nawet jak chciała się skupić to nie potrafiła ją spamiętać. Zwłaszcza teraz, kiedy pochylał się nad nią i poruszał ustami. Wiedziała, że coś mówi ale jak zwykle nie słyszała co. Jednak czuła, jak jej ciało zalewa fala gorąca, serce zaczyna szybciej bić oraz ten prąd przechodzący wzdłuż kręgosłupa. Oddychała szybko i płytko, wpatrywała się w jego oczy i nic nie mówiła. Po chwili poczuła na ustach szorstkie wargi, które się w nie wpiły. Zamknęła oczy i pozwalała by mężczyzna ją całował. Czuła jak narasta w niej podniecenie, kiedy jego ręka znalazła się na jej tali. Nie mogła się powstrzymać by nie objąć jego szyję ramionami i ograniczyć dzielącą ich przestrzeń do minimum. Wplotła swoje palce w jego włosy, a jego dłoń zsuwała się coraz niżej. W końcu chwycił nimi jej pośladki i uniósł ją na wysokość swoich bioder. Otworzyła oczy i przyjrzała mu się, widziała na jego twarzy pożądanie jak i ból, jednak nie przejmowała się tym i oplotła jego biodra swoimi nogami i pocałował go w usta. Czuła jak robi kroki w jakimś kierunku i po chwili leżała na łożu, a on nad nią klęczał. Dobrze wiedziała, że się waha, więc sama rozwiązała wstążkę w sukience, odsłaniając częściowo piersi. Zadziałało to pobudzająco na mężczyznę, którego oczy aż paliły się z podniecenia.


            Tak jak zwykle, gwałtownie się obudziła. Czuła jak jej ciało pragnie zaznać to co nieuchronnie zbliżało się we śnie, jednak zostało brutalnie przerwane. Szybko oddychała, a wzrok miała zamglony. Dopiero po chwili widziała wszystko wyraźnie i zaczęła tego żałować. Widziała przed sobą twarz Etnera, która była bardzo blisko jej. Przyglądał się bacznym wzrokiem, jakby chciał odkryć co jej się śniło. Odruchowo na jej twarzy pojawił się rumieniec. Nie chciała by tak żenująca prawda została przez niego odkryta.
- Co robisz? – spytała niepewnie.
Nic nie odpowiedział, a sama odkryła, że jego bliskość ciała w tym momencie doprowadza ją na skraj pożądania. Dobrze wiedziała, że nie chce tego ale po tym tak realistycznym śnie, Etner był zbyt blisko.
- Nie powinnaś zasypać w takim miejscu – powiedział oschle. – Każdy inny mężczyzna wykorzystałby sytuację.
Nie wiedziała czy ją przejrzał, czy mówi o czymś innym. Myśli Arten krążyły tylko w okól snu, który wywarł tak wielkie wrażenie. Podniosła się powoli, chcąc zmniejszyć dystans.
- Niby jak – spytała odwracając głowę, starając zachować się naturalnie.
- Czy to nie logiczne o czym mówię – westchnął i się wyprostował.
Kiedy myślała nad odpowiedzią poczuła jak Etner kładzie rękę na jej tali. Arten odruchowo powędrowała myślami do tych marzeń sennych obawiając się końca tej sytuacji. Jednak chłopak zmusił brunetkę by oparła się o drzewo, a sam wolną rękę oparł o korę. Schylił się i spojrzał jej w oczy.
- Żaden mężczyzna potrafi się oprzeć bezbronnej, pięknej kobiecie. Zrobiliby Ci krzywdę na całe życie, więc nie zmuszaj mnie bym tłumaczył Ci o co mi chodzi.
Czuła w jego głosie powagę, chociaż była pewna, że to jakiś żart. Zmieniła zdanie kiedy spojrzała mu w oczy. Były poważne, ale także dało się zauważyć w nich coś na styl żądzy. Widziała to samo kiedy pierwszy raz się spotkali. Mimo, że mówił coś innego, chciał by była jego własnością. Dopiero teraz to zrozumiała. Gdy pocałował ją w karczmie, pokazał wszystkim, że nie mają z nim szans. A teraz złościł się, że naraziła swoją czystość na szwank. Spuściła głowę, pełna skruchy, miała nadzieję, że teraz puści ją wolno. Jednak dalej nie pozwalał jej odejść, więc spojrzała na niego. Gdyby tego nie zrobiła pewnie by jej się udało w końcu odsunąć, jednak gdy ujrzała ten wyraz bólu coś w niej pękło. Nie panowała nad swoim ciałem, poruszało się same. Jej ręka mimowolnie dotknęła jego policzka, a usta złączyły się z jego. Nie czuła z jego strony oporu, wręcz przeciwnie. Etner przycisnął ją mocniej do drzewa przejmując całą inicjatywę. Jego dłonie wędrowały po jej tali, chcąc schodzić niżej. Jednak za każdym razem się cofały. Chłopak nie chciał posunąć się dalej, dlatego po chwili wypuścił Arten z objęć i wpatrywał się w nią oczekując jakichkolwiek słów. Potrzebowała ona trochę czasu by powrócić do rzeczywistości i kiedy uzmysłowiła sobie co zrobiła, poczuła jak ją zaczynają palić policzki. Nie wiedziała co nią kierowało i wstydziła się spojrzeć Etnerowi w oczy. Wiedziała, że zrobiła mu nadzieję, chociaż nie darzyła go tak wielkim uczuciem. Nie mogła zaprzeczyć, że czuła się dobrze w jego towarzystwie oraz swobodnie, ale nigdy nie pomyślała o tym by zmienić relację przyjacielską na inną. Dlatego zdenerwowała się w karczmie gdy ją pocałował. W głębi odczuwała większą chęć posiadania przyjaciela niż mężczyzny, mimo snów jakie ją dręczyły.
- Jutro z rana wyjeżdżam wraz z karawaną – odezwał się Etner chcąc zniwelować powstałą ciszę. – Dlatego nie uznam tego jako coś zobowiązującego, nie musisz się martwić.
W końcu na niego spojrzała i dostrzegła tą samą radosną twarz, którą zobaczyła podczas kolacji u siostry. Wysiliła się na uśmiech, chociaż czuła się z tym wszystkim źle. Młodzieniec chciał poprawić jej humor nie naciskając na decyzję, jednak spowodował coś całkowicie odwrotnego. Arten nie mogła zrozumieć jak taki pocałunek można uznać za nic wielkiego. Zawsze uważała, że ten gest jest zarezerwowany dla najbliższej osoby i oznacza miłość, a przed chwilą go zbezcześciła z powodu pożądania. Do tego nie postacią Etnera tylko nieznanego mężczyzny ze snu.
- W takim razie życzę Ci udanej podróży już teraz. Chyba, że zajdziesz jeszcze dzisiaj do karczmy to jeszcze się z tym wstrzymam.
Kiedy rudzielec podniósł głowę i spojrzał w niebo, od razu zrozumiała, że to co między nimi wcześniej było przestało już istnieć. Oboje zaczęli zwracać uwagę na to co mają powiedzieć oraz co robią, by ponownie nie dopuścić do tak niezręcznej sytuacji.

___________________
A więc po ostrej cenzurze w końcu dodałam trzeci rozdział. Namęczyłam się kiedy musiałam usuwać to nad czym kiedyś tyle czasu spędziłam, ale nawet jestem zadowolona z efektów. 
Do tego dodam, że od następnego tygodnia oprócz Conslation pojawi się Funhouse, które zostało wręcz wymarudzone. To jest chyba jedyne opowiadanie pisane w trakcie innego, które skończyłam. Znaczy się nie miałam zakończenia, ale zostało już dopisane i teraz czeka na łaskawe przepisanie na komputer (W tym będzie znaczny problem). Na dowód zamieszczam zdjęcie z pierwszą stroną mojego zeszytu zrobione zaraz po dopisaniu zakończenia.


wtorek, 25 listopada 2014

Consolation Rozdział II

            Służąca zebrała ze stołu wszystkie naczynia, które ułożyła na wózku i odjechała w stronę kuchni. Było już czuć zapach ciasta, które czeka na podanie. Arten przez cały posiłek milczała, czując jak co chwile wzrok rudego chłopaka na nią pada. Ani razu nie poproszono ją do rozmowy, więc się w cieszyła. Do tego jeszcze myśl, że zaraz wróci do domu i będzie po wszystkim, podnosiła ją na duchu.
- Coś cicha jesteś – wyrwało ją to z zamyślenia i spojrzała na Etnera. – Słyszałem, że jesteś bardzo rozmowna, jednak jest na odwrót.
Mimowolnie spojrzała na szwagra, który był zajęty rozmową z przyjacielem. Czuła się jak towar wystawiony do sprzedaży, o którym informacje zostały dostarczone do klienta. Zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią, kiedy poczuła silny zapach herbaty. Nim się obejrzała stała przed nią filiżanka, a na środku ustawiono patery z ciastami.
- To nie tak… - powiedziała cicho i objęła naczynie dłońmi. – Po prostu nie widzę potrzeby w zabieraniu głosu.
Kątem oka zauważyła gromiące spojrzenie siostry, jednak się nie przejmowała. Powoli podniosła filiżankę i zamknęła oczy, delektując się aromatem naparu. Nie miała zbytnio wiele okoliczności by stykać się z tak luksusowym towarem, dlatego starała się cieszyć z niego jak można. Kiedy otworzyła oczy, spostrzegła jak Etner przygląda się je z uśmiechem. Przez głowę je przeszła myśl, że pewnie idiotycznie wyglądała, więc upiła łyk herbaty by ukryć swoje zażenowanie.
- Słyszałem, że twój ojciec prowadzi karczmę.
- Owszem – zmarszczyła brwi nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi.
- Ponoć jest najlepszą w całym mieście – ciągnął dalej patrząc w nieokreślony punkt. – Nigdy jeszcze tam nie byłem.
Zerknęła niepewnie na siostrę, która lekko się uśmiechnęła. Ciągle nie mogła zrozumieć po co poruszył ten temat. Odpowiedź dość szybko nadeszła:
- Synu, będziesz musiał to nadrobić! – zawołał jego ojciec, uśmiechając się szeroko. – Być w Amer, a nie spędzić chwili „Pod oberkiem” to wręcz wstyd.
Trochę za gwałtownie odstawiła filiżankę, której zawartość głośno chlupnęła. Teraz widziała, że to wszystko zostało bardzo dokładnie zaplanowane. Nawet bardziej niż myślała i na pewno nie zakończy się na tym posiłku. Przygryzła dolną wargę nie wiedząc co powinna teraz zrobić. Uratowało ją oświadczenie Gerfa, który powiedział, że musi sprawdzić jak sobie radzą jego ludzie z karawany. Oficjalnie obiad się zakończył z wielką radością wstała od stołu i poszła się przebrać, siląc na jakieś słowa pożegnania.
            Nucąc pod nosem wyszła z sypialni i zaczęła schodzić po schodach. Ciągle bolały ją stopy od tych pantofli, jednak przynajmniej miała na nich teraz trzewiki. Kiedy stanęła na ostatnim stopniu, poczuła się zszokowana.
- Etner zaproponował, że Cię odprowadzi – powiedział z uśmiechem Marco. – W końcu w dzień przed Wielkim Ofiarowaniem jest dość niebezpiecznie.
Wspomniany uśmiechnął się zachęcająco i otworzył drzwi. Posłała mordercze spojrzenie siostrze i wyszła na zewnątrz.  Od razu narzuciła szybsze tempo, chociaż je stopy stanowczo protestowały. Szli przez jakiś czas w milczeniu mijając co chwilę grupy zmierzających do karczm. Do jej uszu doszedł śmiech rudzielca. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Tego można się było spodziewać po córce karczmarza. – Stanęła jak wryta i zacisnęła usta w wąską kreskę. – Nie jest to obelga – szybko zaznaczył. – Widzisz mi także nie jest spieszno do ożenku.
- Ah tak?
- Po prostu mój ojciec na mnie naciska – powoli ruszył przed siebie, zakładając ręce za głowę.
- Skąd to znam… - westchnęła i szybko się z nim zrównała.
Zaśmiał się ponownie i spojrzał na powoli ciemniejące niebo. Przez chwilę się nad czymś zamyślił. Nagle poczuł jak jest ciągnięty gdzieś w bok i szybko się rozejrzał. Potrzebował trochę czasu by zrozumieć, że Arten musiała go nakierować by nigdzie sam nie poszedł. Uśmiechnął się pod nosem.
- Wiesz co – zaczął i spojrzał na nią. – Jesteś najciekawszą dziewczyną jaką ojciec mi przedstawił.
Spiorunowała go spojrzeniem i automatycznie się odsunął. Usłyszał ciche prychnięcie i zaczął się zastanawiać, czy nie powinien tego mówić. Nagle stanęli, więc się rozejrzał po okolicy. Jego wzrok padł na wiszący szyld, przedstawiający tańczącą parę. Znalazł się u celu.
 - Do niezobaczenia – pożegnała się z nim i zniknęła zza drzwiami.
Nie mógł powstrzymać rozbawienia po usłyszeniu jej wypowiedzi. Przez chwilę stał w miejscu i obserwował budynek, po czym obrócił się na pięcie. Wtedy przypomniał sobie, że nie zna zbytnio tego miasta. Uśmiechnął się by dodać sobie otuchy i ruszył oświetlonymi ulicami Amer.
            Nie mając litości dla swoich obolałych stóp, stała na palcach i próbowała zobaczyć coś przez okno. Przygryzła dolną wargę nie będąc zadowolona z małej widoczności. Usłyszała za sobą śmiech i gwałtownie się obróciła. Ojciec widocznie miał niezły ubaw ze swojej córki, która przyłapana oblała się rumieńcem. Poklepał ją po głowie i sam wyjrzał na zewnątrz.
- Nawet przystojny ten młodzieniec – próbował ukryć swoje rozbawienie.
- To wyjdź za niego – syknęła, a jej policzki bardziej się zaczerwieniły.
- Ktoś musi to zrobić, ale na pewno nie ja.
Brunetka otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak zrezygnowała. Robiąc oburzoną minę, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę mieszkania. Do jej uszu dochodził śmiech ojca, więc przyspieszyła.
            Było bardzo jasno. Mrużyła oczy by przyzwyczaić się do tego światła. Nie mogła zrozumieć jak w pomieszczeniu bez okien może być tak jasno. Jej wzrok nerwowo błądził po pokoju, przeskakując z jednej osoby na drugą. Nikogo nie znała. Nikt nawet do niej nie podchodził. Czuła się ignorowana. Poczuła ramieniu czyjąś dłoń, więc podniosła wzrok. Wysoka kobieta o długich jasnych włosach, uśmiechała się pocieszająco. Miała wrażenie, że jest kimś dla niej bliskim, jednak jej nie znała. Widziała jak porusza ustami, jakby chciała coś powiedzieć. Uznała ją za niemą, jednak jej kąciku ust same się uniosły. Chciała odwrócić wzrok, lecz nie panowała nad swoim ciałem. Usłyszała dźwięk ciężko otwieranych drzwi i spojrzała w ich kierunku. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w lśniącą zbroję. Podszedł do pozostałych obecnych i poruszał ustami, tak samo jak robiła wcześniej kobieta. Żaden głos nie dochodził do jej uszu. Jedynie mogła to wszystko obserwować. Nagle przybysz spojrzał na nią widocznie rozczarowany. Klęknął na jedno kolano i coś powiedział. Chciała się pochylić by usłyszeć jego słowa, jednak jej ciało samo się cofnęło. Otworzyła usta.
- Ale ja nie chcę umierać.
            Poderwała się z łóżka, ciężko oddychając. Czuła jak po jej plecach spływa zimny pot. Nie potrafiła zrozumieć tego co przed chwilą jej się śniło oraz dlaczego jej organizm tak na to zareagował. Przyłożyła dłoń do twarzy, chcąc się uspokoić i poukładać to jakoś w głowie. W śnie musiała być dzieckiem, ponieważ wszyscy byli dla niej duzi. Zaschło jej w ustach, więc powoli stanęła na podłodze. Rozejrzała się po pokoju i zobaczyła przez okno, jak niebo powoli się rozjaśnia.
- Więc już zbliża się ranek – szepnęła.
Zeszła do kuchni gdzie jej matka podgrzewała wodę w garnkach. Marzyła teraz o kąpieli, by pozbyć się tego potu. Jej rodzicielka zerkała na nią widocznie zaniepokojona, lecz nic nie powiedziała. Arten wzięła jedną ze szmatek i podniosła powoli pierwszy z brzegu garnek. Wraz z Everą zaniosły je do jednego z wolnych pokoi, gdzie na środku stała niewielka bala. Ostrożnie wlewały gorącą wodę, po czym mieszały ją z zimną. Kiedy kąpiel była gotowa, matka zostawiła swoją córkę samą. Z wielką ulgą zrzuciła z siebie koszulę nocną i uklękła w wodzie. Chciała jak najszybciej się umyć by móc udać się na uroczystość. Nie zależało jej na samej idei święta, lecz na tym, że będzie mogła bez wyrzutów rodziców, przechadzać się po mieście. Kiedy tak rozmyślała jej matka powróciła i pomogła przy myciu pleców oraz włosów. Na stoliku obok leżała wyprana suknia. Spojrzała na nią i ucieszyła się, że to nie jest jakiś tam wynalazek, który kazała jej założyć Nasty.
            Mimo wczesnej godziny coraz więcej ludzi wychodziło na ulice Amer. Wszyscy chcieli zająć jak najlepsze miejsca do oglądania słynnej procesji z okazji Wielkiego Ofiarowania. Wiele osób mogło poręczyć, że takich tłumów nie ma nawet w stolicy podczas najhuczniejszej uroczystości. Było to spowodowane faktem, że Chwalebna Misty pochodziła z tej miejscowości. Etner z uparciem parł do przodu, by chodź odrobinę zbliżyć się do świątyni. Uwielbiał takie święta i nieważne w którym królestwie się znajdował, musiał zobaczyć jak to wszystko wyglądał. Często porównywał do siebie zwyczaje danych krain i wybierał to co jest w nich najlepsze. Nie miał jeszcze okazji przebywać w Amer podczas tej uroczystości, jednak wiele o niej słyszał. Poczuł jak ktoś wbija swój łokieć między jego żebra. Syknął jednak dalej przeciskał się między ludźmi. Wiedział że gdyby wcześniej wyszedł to miałby lepsze miejsce. Niestety miał dość fatalną orientację w miastach, więc parę razy skręcił w złe uliczki. W końcu do jego uszu doszły dźwięki trąb, które obwieściły rozpoczęcie procesji. Drzwi świątyni zostały otworzone i wyszli z niej ubrani w niebieskie szaty kapłani pochodzenia szlacheckiego. Szybko przypomniał sobie, że kiedyś ich przodkowie byli świtą rycerską u boku Misty, a po jej śmierci oddali się całkowicie czczeniu jej. Kiedy niebiescy zeszli po schodach i ustawili po obu stronach ulicy, pojawił się najwyższy kapłan. Jego uroczysta tunika była śnieżnobiała i haftowana złotą nicią. Niósł z wielką czcią srebrną szkatułkę, wysadzaną klejnotami. Gorliwi wyznawcy Misty uklękli, pokazując swój szacunek dla relikwii. Gdy złoty kapłan znalazł się między rzędami niebieskich, oni go otoczyli w celu chronienia najświętszej rzeczy. W między czasie z świątyni wyszli mniej ważni duchowni i procesja powoli ruszyła główną ulicą Amer. Gdzieś coś błysnęło mu po oczach, jednak nie mógł się rozejrzeć. Tłum zaczął się przepychać by kroczyć za kapłanami. Ktoś pociągnął go w bok, po czym prowadził między ludźmi. Był zbyt zdezorientowany by jakoś temu zaprotestować. Dopiero gdy się zatrzymali, zobaczył Arten.
- Gdybyś tam został to zapewne, by cię staranowali.
Zamrugał oczyma niezbyt rozumiejąc o co może jej chodzić. Jednak dziewczyna nie siliła się na wyjaśnienia i dalej ciągnęła go jak najdalej od tłumów. Kiedy w końcu wydostali się z morza ludzi, oboje już ciężko oddychali. Chciał wysapać jakieś podziękowanie, jednak brunetka już była w drodze. Siląc się na wysiłek, podbiegł do niej by w końcu zrównać się z jej tempem.
- Po co za mną leziesz?
- Chciałem Ci podziękować.
Spojrzała na niego i wzruszyła ramionami. Liczył na coś w stylu „ nie ma za co”, jednak dziewczyna milczała i szła przed siebie. Nie mając nic lepszego do roboty, towarzyszył jej w tym spacerze. Dobrze widział nerwowe spojrzenie Arten, która widocznie nie była zadowolona z jego obecności. Niezbyt się tym przejmował i próbował zapamiętać drogę powrotną. Nagle sobie coś uświadomił.
- Wychodzisz z miasta? – spojrzał na nią zaskoczony.
- Nie lubię tu przebywać podczas święta… Zbyt dużo ludzi, hałas i jeden wielki bałagan.
Nie znał tej strony, wielkich uroczystości. Zazwyczaj to on był tą osobą, która hałasowała i śmieciła. Zamyślił się na ten temat i ciągle szedł u jej boku. Nawet nie zwracał uwagi na to, że brunetka nie raz musiała go ciągnąć by się nie zgubił lub wpadł pod wóz. W końcu zrezygnowała wzięła go pod rękę i wyprowadziła przez jedną z bocznych bram miasta. Gdy skończył swoje rozmyślania, znaleźli się na małej polance, gdzie jedyny cień dawało duże drzewo. Uśmiechnął się pod nosem.
- Co się tak szczerzysz – zmarszczyła brwi.
- Nie raz obozowało się pod takimi drzewami albo robiło postoje – położył się na trawie i zaczął przyglądać liściom. – Przywołuje to wspaniałe wspomnienia.
Po chwili zamiast gałęzi i liści, widział twarz Arten, która bacznie mu się przyglądała. Westchnęła i usiadła obok, prostując swoją suknię.
- Życie podróżnika musi być wspaniałe – powiedziała rozmarzonym głosem.
Zerknął na nią, a jego uśmiech się powiększył. Kiwnął głową i zamknął oczy by przypomnieć sobie niektóre wyprawy.
- To wspaniałe uczucie spać pod gołym niebem kiedy jest ciepła noc, kąpać się w rzece wraz z pierwszym brzaskiem lub kiedy gwiazdy są na niebie. Przejeżdżanie przez rozmaite krainy i poznawanie ich obyczajów – na jego twarzy pojawił się grymas. – Chociaż nie zawsze to wszystko jest takie wspaniałe…
Nie mógł powstrzymać ziewnięcia, które cisnęło mu się na usta. Przetarł sennie oczy, próbując odgonić chęć snu i spojrzał na Arten. Dziewczyna objęła podkulone nogi i wpatrywała się w mniej określony punkt. Był ciekaw o czym rozmyśla jednak wolał nie pytać i napawać się tym widokiem. Poczuł jak jego powiek stają się coraz cięższe, by w końcu się zamknęły.

            Kiedy ponownie je otworzył, czuł, że coś jest inaczej. Słońce znajdowało się w najwyższym punkcie widnokręgu, jednak nie tylko to mu nie pasowało. Miał wrażenie, że nastąpiła jakaś zmiana w otoczeniu. Spojrzał w bok i nikogo obok siebie nie widział, szybko sprawdził drugą stronę i poderwał się do pozycji siedzącej. Gdy obrócił się, poczuł jak kamień spada mu z serca. Arten siedziała na skraju polanki i rwała kwiatki do wianka. Miał uczucie, że ta scena jest istnie sielankowa, co jest wręcz nie możliwe; jednak nie mógł powstrzymać uśmiechu. Najciszej jak potrafił zbliżył się do niej.
- Wianek dla kochanka? – szepnął jej w ucho.
Z satysfakcją obserwował jak dziewczyna się wzdrygnęła i oblewa niekontrolowanym rumieńcem. Po chwili poczuł jak uderza go lekko pięścią w ramię, robiąc naburmuszoną minę.
- A co jeśli tak – wystawiła język.
Zaśmiał się i usiadł naprzeciw niej.
- W takim razie powinienem go założyć.
Delikatnie, acz stanowczo odebrał jej skończony wianek i założył na głowę. Przez chwilę wpatrywała się w niego zaskoczona, po czym odwróciła wzrok. Bardzo polubił doprowadzanie ją do takiego stanu. Nagle podniosła się i zaczęła otrzepywać materiał sukni. Przyglądał jej się zbity z tropu.
- Nie wiem jak ty, ale ja mam jeszcze pracę w karczmie.

niedziela, 9 listopada 2014

Consolation Rozdział I

            Słońce znajdowało się w najwyższym punkcie nieboskłonu, niemiłosiernie podgrzewając powietrze swoimi promieniami. Ludzie którzy mogli, spędzali ten czas w domach lub wybyli z miasta, by obcować z naturą. Jednak większość mieszkańców była zmuszona do pracy by utrzymać siebie i swoje rodziny. Zbliżało się święto, które zawsze niosło ze sobą wielkie straty. Handlowcy musieli wytężyć swoje zmysły by dobić targu z klientem, a jednocześnie pilnować towaru przed złodziejami. Niestety i tak pod koniec dnia wychodziło na to, że coś im skradziono. Czasami był to jakiś bibelot, a czasami coś bardzo cennego. W karczmach o tej porze znajdowali się zazwyczaj przejezdni oraz stali klienci, którzy nie potrafili obyć się bez mocnego trunku. Właściciele gospód zza dnia musieli wyglądać czy chłopcy na posyłki zbliżają się z potrzebnym towarem, a kiedy słońce zachodziło, dbali o porządek w swoich karczmach. Przed każdym świętem coraz więcej ludzi przychodziło się odstresować przy kuflu, a zazwyczaj wracali poobijani. Jak nic im się poważnego nie stało to się nie przejmowali, jednak inaczej było z karczmarzami. Każdego ranka musieli sprzątać po hucznych libacjach i wyliczyć ile ponieśli na tym strat. Jednym z takich właścicieli gospody był już siwiejący mężczyzna, którego zwano – Siwobrodym grajkiem. Słynął nie tylko z swojej brody, ale także z niebywałego talentu do grania na skrzypcach. Chociaż instrument miał już parę lat i wyglądał na zużyty, to i tak pod smyczkiem karczmarza, wydawał wspaniałe dźwięki. Stali klienci jego lokalu dopraszali się przynajmniej jednej gry przy której klaskali w rytm, a nawet niektórzy tańczyli. Dlatego gospoda nosiła miano „Pod oberkiem”. Dzisiejszego dnia jednak była całkowicie opustoszała w związku z przygotowaniami do świętowania. Stary karczmarz leniwie wycierał kufle, które wyciągnął z odmętów swojej piwnicy, zerkając co chwilę na poczynania swojej najmłodszej córki. Dziewczyna wyglądała na dwadzieścia lat, chociaż w rzeczywistości była młodsza. Jej długie, brązowe, falowane włosy spływały po plecach. Była ubrana w najzwyklejszą sukienkę z niebieskiego materiału, który przez kilka ostatnich lat zdążył zszarzeć. Rękawy miała podwinięte za co by już pewnie dostała naganne od matki. Jego żona była wyczulona na punkcie schludności, więc uważała, ze pomięte rękawy nie wyglądają. Westchnął i odstawił wyczyszczony kufel na półkę. Do jego uszu doszedł dźwięk przewróconego krzesła oraz cichego stąpnięcia. Spojrzał na córkę, która mamrocząc pod nosem postawiła krzesło, weszła na nie i ponownie zabrała się do czyszczenia okiennic.
- Może powinienem zawołać jednego z chłopców by zrobili to za ciebie? – zaśmiał się siwobrody.
Brunetka obróciła się w stronę ojca robiąc naburmuszoną minę, po czym prychnęła i wróciła do swojej pracy. Mężczyzna był świadomy, że mówiąc to jeszcze bardziej ją zdeterminuje do ukończenia roboty. Jego córka była dla niego bardzo przewidywalna jednak nigdy mu to nie przeszkadzało. Jedyne co by w niej zmienił to fakt, że ani jej się myśli by wyjść za mąż. Pozostałe dzieci już dawno wyswatał, jednak ta najmłodsza zadziwiająco dobrze sobie radziła z unikaniem tego. Tyle razy zatrudniał chłopaków, mając nadzieję, że spodobają się jego kruszynce. Niestety za każdym razem odprawiała ich z kwitkiem.
- Ta karczma stanowczo źle na nią wpływa – odezwała się siwa kobieta, trzymając w jednej ręce wiadro, a w drugiej szczotki do szorowania podłogi. – Na chwalebną Misty! Coś ty zrobiła z tymi rękawami.
Dziewczyna słysząc głos matki szybko zeskoczyła z krzesła i poprawiła obiekt narzekań swojej rodzicielki. Chcąc ją udobruchać sięgnęła po przyrządy do sprzątania, jednak kobieta się odsunęła.
- Nie ma mowy. Twoja siostra Nasty zaprosiła Ciebie na obiad, więc nie możesz się wybrudzić.
- Papoo… - żachnęła się. – Znowu mama wraz z Nasty chcą mnie wyswatać.
Chcąc się bardziej przypodobać ojcu wtuliła się w niego, mając nadzieję na jakieś poparcie. Zamiast tego usłyszała śmiech i poczuła jak klepie ją po głowie.
- Mój kwiatuszku, nie możesz całe życie siedzieć tutaj między pijakami.
Już wiedziała, że jest na przegranej pozycji. Z ciężkim westchnięciem odsunęła się i ruszyła w stronę schodów, do domu. Słyszała za sobą szepty rodziców, jednak starała się je ignorować. Weszła do swojego pokoju i padła na łóżko, które już dawno straciło swoją sprężystość. Nie chciała wybrać się na obiad do najstarszej siostry, zwłaszcza przez to, że nigdy się nie dogadywały. Zresztą z mało którą siostrą miała dobre stosunki, wszystkie były dla niej wredne bo była najmłodsza. Często chroniła się przed nimi spędzając czas z bratem – Vincentem, jednak dwa lata temu wyjechał do akademii by w przyszłości być gwardzistom. Tęskniła za nim. Zwłaszcza jak nazywał ją „Swoją ukochaną różyczką” i przy okazji wspominał, że ma zaskakująco dużo kolców jak na taki kwiat.
- Arten – zza drzwi dobiegł głos matki. – Musisz już wychodzić!
Ciężko westchnęła i w pośpiechu zaczęła rozczesywać włosy, drewnianą szczotką z końskim włosiem. Była dla niej wyjątkowa bo dostała ją od Vincenta, a na jej wierzchniej części były wygrawerowane róże.
            Starając się ukryć swoje zdenerwowanie szła tłocznymi ulicami miasta Amer. Panował niesłychany smród, który był normą podczas tak upalnej pogody. Zapach spoconych ciał, odór wylewanych nieczystości do rynsztoków oraz najgorszy z tego wszystkiego – smród choroby i śmierci. Przez to, że ludzie wyrzucali śmieci bezpośrednio na ulicę oraz do rzeki, powodowało, że zarazy się szybko rozprzestrzeniały. Głównie dotyczyło to najbiedniejszych mieszkańców miasta, jednak coraz częściej atakowały także tych bogatszych. Chciała jak najszybciej dostać się do tego cholernego domu swojej siostry i jeszcze szybciej stamtąd wyjść. Przyspieszyła kroku i skręciła w stronę mostu, który prowadził do dzielnicy handlowej. Mąż Nancy był kupcem, więc mógł sobie pozwolić na zamieszkanie w tej dzielnicy. Strasznie ją to irytowało ponieważ Marco był strasznie zarozumiały i szczerze nienawidził wszystko co jest poniżej jego poziomu życia. Nie mogła zrozumieć jakim cudem ożenił się z Nancy. Podejrzewała, że może mu chodzić o karczmę i o zysk jaki ona przynosi. Jednak prawowitym dziedzicem był Vincent, więc nie miał nawet prawa położyć na niej swoich kupieckich łap. Tak rozmyślając minęła świątynię Misty, która była już prawie całkowicie udekorowana na zbliżające się święto. Zerknęła na młode dziewczyny, które oddały się całkowicie służbie swej patronce. Przez chwilę się zastanowiła czy by nie zrobić tak jak one, aby uniknąć małżeństwa. Jednak dość szybko wybiła ten pomysł z głowy, nie widząc siebie w świątynnych szatach. Po paru chwilach znalazła się pod domem swojej siostry. Wzięła parę głęboki wdechów i zastukała kołatką. Drzwi się powoli otworzyły i przywitała ją młoda służąca. W duchu wyklęła siostrę, że nie potrafi sobie poradzić bez służby. Weszła do salonu gdzie zgromiło ją ostre spojrzenie Nasty. Jej długie czarne włosy zostały upięte w wysoki kok. To uczesanie ją postarzało, wydłużając rysy twarzy. Miała na sobie ciemnogranatową suknię i bez problemu dało się zauważyć, że pod spodem jej talia była ściskana przez gorset. Mimowolnie się wzdrygnęła na myśl o tych katuszach dla uzyskania „idealnej” sylwetki. Na jej szyi wisiały perły, które wręcz stapiały się z jasną karnacją kobiety.
- Arten – odezwała się czarnowłosa. – Co ty masz na sobie? Nie masz żadnej lepszej sukni, niż to coś.
Ostatnie słowa miały w sobie odpowiedni nacisk, jednak zignorowała tą obelgę. Dumnie wpatrywała się w siostrę, mając nadzieję, że może tak ją wkurzy i ją odeśle do domu. Jednak kiedy się uśmiechnęła, poczuła, że coś jest nie tak. Obok niej pojawiła się służąca, trzymająca w ręce ciemnozieloną suknię.
- Chyba sobie żartujesz… - wycedziła, patrząc wielkimi oczyma na materiał. – W życiu tego na siebie nie założę.
- Ależ oczywiście, że założysz – chytry uśmiech nie znikał z twarzy Nasty.
- Matka nie miała nic przeciwko kiedy tak wychodziła, więc się nie przebiorę! – tupnęła nogą, nie dając za wygraną.
- Evera nic Ci nie mówiła, ponieważ to mi zleciła przygotowanie Ciebie.
Dziewczyna czuła, że zbiera się w niej złość, z powodu tej sytuacji i jej bezczynności. Jeszcze ani razu nie zdarzyło się, by jej matka zawzięła takie środki by ją wyswatać. Do tego jej siostra bez żadnego szacunku wymówiła imię rodzicielki. Wcześniej uważała, że Marco źle wpływał na Nasty, jednak nie podejrzewała, że aż tak. Poczuła jak służąca delikatnie ciągnie za rękaw, by za nią podążyła. Zrobiła tak, jednak ze względu na dziewczynę, która pewnie miałaby po tym nieprzyjemności. Po chwili znalazła się w pomieszczeniu, które zapewne było sypialnią właścicieli. Wzdrygnęła się na panujący porządek, który wręcz był nienaturalny dla tak osobistego miejsca jak to. Służąca cicho chrząknęła i wolną ręką wskazała na parawan.
- Widzę, że wszystko zostało misternie zaplanowane – westchnęła i zaczęła zdejmować suknię.
- Pani wszystko przygotowała na ten dzień – odpowiedział jej pozbawiony emocji głos dziewczyny.
Przerzuciła swoją suknię przez parawan, zastanawiając się jak ma się potoczyć obiad. Pewnie będzie musiała siedzieć obok jakiegoś podstarzałego kupca podobnego do Marca. Wzdrygnęła się na samą myśli zaczęła zakładać halkę, którą podała jej dziewczyna. Wyjrzała zza materiał, który ją przysłaniał i przyjrzała się służącej. Była dość niskiego wzrostu, a jej długie blond włosy zostały związane w warkocz. Wyglądała na młodszą od niej, jednak miała wrażenie, że jest bardziej doświadczona przez życie. Dziewczyna spojrzała na nią beznamiętnie.
- Czy w czymś panience pomóc?
- Nie – pokręciła głową, chcąc ukryć swoje zażenowanie.
Szybko schowała się za parawan i wyciągnęła rękę po materiał sukni. Jednak coś jej nie pasowało, więc spojrzała na swoją dłoń. Trzymała w niej gorset i poczuła jak wzbiera w niej przerażenie.
- Nie założę tego!
Od razu przy jej boku pojawiła się służąca i odebrała gorset. Przez chwilę pomyślała, że jednak ujdzie jej na sucho kiedy blondynka podeszła bliżej.

            Ledwo co stała na nogach przed lustrem, starając rozpoznać w odbiciu swoją osobę. Suknia podkreślała nienaturalną talię, ściskaną przez gorset. Dekolt był mniejszy, niż w sukienkach, w których obsługiwała klientów, jednak wydawało się, że pokazuje więcej. Krój nie był zbyt wyrafinowany i suknia lekko rozchodziła się poniżej bioder. Jak się bardziej przyjrzała to dopiero zauważyła, że zielony materiał był wyhaftowany czarną nicią. Jedyne co udało jej się wywalczyć to brak naszyjnika oraz rozpuszczone włosy.
- Przydałoby się wybielić twoją skórę.
Zaskoczona przeniosła wzrok na drzwi, gdzie stała jej siostra. Uśmiechała się z satysfakcją, co strasznie ją irytowało. Prychnęła pogardą.
- Nie dam się wysmarować jakimś mazidłem.
- Nie ważne – wzruszyła ramionami. – Gość zaraz tu będzie.
Powoli ruszyła za siostrą i całą swoją uwagę skupiła by zjeść cało ze schodów. Służąca wcisnęła na jej nogę dość ciasne pantofle. Jak na złość cały ciężar spadał na jej palce, które nieprzyzwyczajone do tego, zaczęły niemiłosiernie boleć. Z wielką ulgą znalazła się w salonie i usiadła na sofie. Dopiero po chwili zorientowała, że Marco siedzi obok niej. Był bardzo rosły i mocno opalony. Jego twarz pokrywała czarna broda, a włosy miał ułożone w nieładzie. W porównaniu do żony, wyglądał jakby był z innego świata. Dało się zauważyć, że ni w ząb do siebie nie pasują. Można powiedzieć, że natura Marca była taka sama jak jego wygląd. Na szczęście domowników, dość rzadko bywał w domu, spędzając większość czasu na podróżowanie ze swoją karawaną.
- Kto by się spodziewał zobaczyć Ciebie w takim stroju…
Poczuła jak po jej plecach przechodzą dreszcze na widok tego obleśnego uśmiechu. Uratowało ją pukanie do drzwi, chociaż czy można było to nazwać ratunkiem? Mężczyzna podniósł się i stanął obok żony, która była gotowa do przyjęcia gości. Pierwszy pojawił się siwy mężczyzna, wpierający się na lasce. Jego strój wskazywał na to, że musiał przed chwilą przybyć do miasta. Podróżny płaszcz oraz zabłocone buty to zdradzały.
- Gerfie! – krzyknął Marco i uścisnął mocno gościa. – Ile to lat się nie widzieliśmy?
- Ostatnie nasze spotkanie odbyło się na rozdrożu czerwonego i niebieskiego szlaku, jednak nie myśl, że przez ten czas zapomniałem jakim denerwującym byłeś facetem.
Po chwili wzrok starca padł na brunetkę i schylił głowę w przywitaniu. Arten nie mogła się obejść wrażeniu, że w jego oczach zobaczyła błysk. Nie podobało jej się to bo zawsze coś takiego było widywane u kupców, którzy wykonali dobry handel. Także kiwnęła głową i wtedy pojawił się drugi gość. Był to młodzieniec o rudych włosach, których niektóre kosmyki wydawały się ogłaszać swoją suwerenność wobec innych poprzez sterczenie w różne strony:
- Marco czy pamiętasz mojego syna Etnera?
- Jak mógłbym nie pamiętać – Zaśmiał się i poczochrał wspomnianego. – Chociaż jak ostatnio go widziałem to ledwo co potrafił usiedzieć na koniu.
Mężczyźni wybuchli śmiechem na samo wspomnienie, a rudy chłopak wydawał się także rozbawiony. Nawet nie poprawił swoich włosów i przywitał się z panią domu. Nasty dyskretnie spojrzała na siostrę, która rozumiejąc wszystko, powoli do nich podeszła.
- Pozwólcie, że przedstawię wam moją siostrę – Etner spojrzał zaciekawiony na wskazaną dziewczynę. – Arten.


______________________
To opowiadanie zostało dość dawno napisane i co jakiś czas dopisuję parę stron. Długo zastanawiałam się nad tytułem jaki mogę temu dziełu nadać i po długich rozważaniach padło na "Consolation". W sumie pomysł padł podczas słuchania piosenki o tej nazwie, a po poszukiwaniach tłumaczenia uznałam, że nawet pasuje. Chociaż kto wie co z tego dalej wyjdzie, ale w momencie gdzie zakończyłam pisanie już dobrze widoczne jest "pocieszenie". Przewiduję, że będą czasami sceny przeznaczone dla grona czytelników +16 jak i nie +18.