środa, 25 lutego 2015

Funhouse Rozdział II

                Przez pierwsze dni mimo starań Jaspera, nie trafił ani razu na właścicielkę dworu a zarazem na kogoś innego niż jego ojciec i lokaj Richard. Zaczął powątpiewać czy tak duży dom zamieszkują jacyś inni ludzie. Jednak podczas zwiedzania Funhouse nie znalazł żadnego zakurzonego miejsca, a nie potrafił sobie wyobrazić jak jedna osoba może sprzątać tak ogromny dobytek. Czuł się odizolowany od świata zewnętrznego, nie posiadając żadnej możliwości kontaktu z innymi ludźmi. Nawet Joseph nie miał czasu dla syna z powodu natychmiastowego zajęcia się renowacją mniejszej sali balowej. Gdy z braku zajęcia Jasper postanowił zobaczyć na czym polega praca ojca, zastał jedynie masę narzędzi i środków konserwujących, w których mu tonął rodzic. Nigdy nie widział na twarzy Josepha takiego skupienia jak wtedy, gdy delikatnie oczyszczał drewniane elementy stropu. Miał wrażenie, że ojciec zachowuje się jakby ten dom żył i czuł każdą czynność jaką wykonywał. Po tym postanowił nie przebywać u boku historyka podczas jego pracy. Znalazł ciekawsze zajęcie jakim było przyglądanie się wiszącym portretom pań domu. W większości były to kobiety o ostrych ryzach twarzy i ciemnych włosach oraz oczach, które wyróżniały się na tle jasnej wręcz białej karnacji. Nie wiedział czy rzeczywiście tak wyglądały, czy może jest to własna wizja malarza.  Najbardziej interesował się ostatnim portretem przedstawiający całkiem odmienna kobietę, o blond włosach i zielonych oczach. W pierwszej chwili był pewny, że widzi Elizabeth jednak nawet on sam dostrzegł, że to dzieło jest o wiele starsze od aktualnej właścicielki domu. Zauważył także inny zaskakujący fakt.
- Jest ich dość mało jak na tak wiekowy budynek – szepnął sam do siebie.
- Ponieważ są to zasłużone panie domu – odpowiedział mu dziewczęcy głos.
Zaskoczony tym, że nie jest sam gwałtownie się obrócił i spojrzał na stojącą za nim dziewczynę. Była niskiego wzrostu o śniadej karnacji i krótkich lokowanych czarnych włosach, które wystawały spod białej chusty. Jej brązowe oczy rozbawione spoglądały na Jaspera, jakby jego zachowanie wzbudzało w niej radość. Dopiero gdy przestał się skupiać na pyzatej twarzy dziewczyny dostrzegł, że ma ona na sobie strój, który kojarzył mu się zawsze z pokojówkami. Czarna sukienka z białym fartuszkiem, była nieumiejętnie podszyta i zamiast sięgać do kostek kończyła się przy kolanach, ukazując trochę nagiego ciała ponad podkolanówkami. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i bez skrępowania przyglądała się gościowi, jakby oczekiwała na jakąś odpowiedź.
- A kim jest ta kobieta z ostatniego portretu? – spytał niepewnie, nie mogąc znieść wpatrywania się w jego sylwetkę.
- Ach no tak! Dziwi pana, że jest tak podobna do panienki Elizabeth? To jej imienniczka i nie zgłębiając się w drzewo genealogiczne po prostu krewna.
Dziewczyna energicznie machnęła ręką, w której trzymała miotełkę do kurzu, jakby chciała powiedzieć, że to nic ważnego. Nagle przestała się ruszać jakby sparaliżowana strachem i wyglądało jakby nasłuchiwała. Jasper przyglądał się jak wstrzymała oddech, a jej oczy się powiększyły, by w nagłym porywie energii zacząć zamiatać kurz z ram obrazów. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć zza rogu wyłoniła się postać Richarda, który spojrzał na sprzątającą dziewczynę z uwagą. Po chwili lokaj kiwnął głową w geście powitania dla gościa i ponownie zainteresował się poczynaniami pokojówki.
- Przestań udawać Rito, że pracujesz. Pani prosi Ciebie byś udała się do niej w sypialni.
- Ja nie udaję Richi! A tak w ogóle to nie może tego zrobić Bezi?
- Ponieważ powiedziała, że to ty masz przyjść a nie Bezimienna. I mogłabyś przestać zdrabniać każde imię?– odpowiedział zirytowany lokaj.
Odpowiedział mu tylko śmiech Rity, natomiast Jasper zaczął się czuć nieswojo. Nie wiedział dlaczego nagle stał się dla tej dwójki niewidzialny, a tym bardziej kim może być owa Bezimienna. Nie pasowało mu to na żadne imię, co w sumie samo w sobie oznaczał przedrostek „bez”, jednak chłopak nie zważał na ten fakt. Dopiero po chwili dostrzegł, że służący umilkli i mu się przyglądali, jakby nagle się zorientowali, że cały czas tutaj stoi podczas ich słownych potyczek. Dziewczyna się szeroko uśmiechnęła i korzystając z chwili nieuwagi lokaja, wycofała się z korytarza zamierzając wykonać zlecone jej zadanie. Natomiast Richard spod przymrużonych oczu przyglądał się Jasperowi, jakby chciał wyczytać z niego cały żywot. W tym momencie chłopak miał wrażenie, że w oczach ciemnych oczach mężczyzny przez chwilę pojawił się czerwony odcień. Nim jednak zdołał się przyjrzeć lokaj skinął głową i bez słowa odszedł, pozostawiając zaintrygowanego nastolatka samemu sobie. Jasper jeszcze przez chwilę stał w miejscu, by w końcu ruszyć w stronę swojego pokoju. Był stanowczo pewny, że mu się przewidziało i potrzebuje snu.
- Na pewno to przez to powietrze – wmawiał sobie, gdy wspinał się po schodach.
Miał już otworzyć drzwi od sypialni, gdy nagle zdał sobie sprawę, że nie zwiedził jeszcze drugiego piętra. Zdjął dłoń z klamki i ruszył w stronę nieodkrytej części domu, mając nadzieję na zajęcie czymś wolnego czasu. Gdy przeszedł ostatni stopień poczuł jak po plecach przechodzą mu dreszcze i zaniepokojony rozejrzał się po słabo oświetlonym korytarzu. Podobnie jak na piętrze poniżej,  na całej długości znajdowały się drzwi zapewne do pokoi sypialnianych. Co jakiś czas na ścianie wisiała lampa naftowa bądź obraz w pozłacanej ramie. Na samym końcu znajdowało się okno, które wpuszczało trochę dziennego słońca, oświetlając kolejne schody. Nie chcąc wchodzić do prawdopodobnie czyiś sypialni obrał za kurs kolejne piętro, jednak gdy szedł w ich stronę niepokój zamieniał się w powoli w przerażenie. Zdenerwowany rozglądał się na boki jak i za siebie, mając wrażenie, że ktoś go obserwuje. Malowidła które przedstawiały pejzaże nagle stały się odstraszające, jakby przedstawiały scenerie wzorowaną na najgorszych koszmarach. Czuł jak zaczyna szybciej oddychać a kroki stają się coraz szybsze, aż w końcu nie mogąc się powstrzymać zaczął biegnąć w kierunku oświetlonego końca. Cały dygotał na ciele, gdy zatrzymał się na upragnionych, oświetlonych schodach. Bał się spojrzeć na przebyty korytarz, by nie zobaczyć tego co wprawiło go w ten nastrój. W końcu nie potrafił zrozumieć skąd pojawił się ten paniczny lęk, jeśli normalnie trudno go nawet lekko przestraszyć. Miał już zamiar wejść na górę, kiedy u szczytu schodów dostrzegł małą postać o porcelanowej cerze. Otwierał  usta by się przywitać, jednak gdy się przyjrzał zamarł w nich niemy krzyk.
                Przerażony otworzył oczy i ciężko dysząc starał się zrozumieć co właśnie się wydarzyło. Powoli się uspokajał widząc dobrze znany sufit w jego pokoju oraz czując pod sobą materac. Dotarło do niego, że to musiało być po prostu koszmarem, aczkolwiek bardzo rzeczywistym.  Tak realnym, że czuł na skórze gęsią skórkę a jego serce biło jak szalone, jednak gdy starał się przypomnieć jego szczegóły to trafiał na jakąś blokadę, która nie pozwalała mu zobaczyć co było na szczycie schodów. W końcu zaniechał tych prób i wstał z łóżka, by szybko się zorientować, że spał w ubraniu. Tłumaczył sobie, że był tak bardzo zmęczony, że nawet nie pamięta jak wszedł pod kołdrę. Powstrzymując ziewnięcie wyszedł z pokoju i od razu jego oczom ukazała się postać Josepha. Mężczyzna mimo uśmiechu wyglądał na wykończonego, jednak jednocześnie na szczęśliwego. Na jego twarzy znajdowały się ślady po przypadkowych ubrudzeniach przez środki konserwujące. W rozczochranych włosach poukrywały się białe paprochy, które dawały wrażenie łupieżu. Jednak nie to było powodem zdziwienia Jaspera, po raz pierwszy od dawna widział w oczach ojca troskę.
- Dobrze się czujesz? Elizabeth powiedziała, że znaleziono Ciebie nieprzytomnego pod drzwiami  od pokoju – mówiąc to przyłożył rękę do czoła syna.
Zaskoczony dotykiem Josepha oraz faktem, że musiał wcześniej zasłabnąć spowodowało, że nie wiedział co zrobić. Stał bez ruchu i nawet nie słuchał zmartwień rodzica na temat jego zdrowia. Po prostu nie mógł pozbierać myśli, a urywki koszmaru co chwilę powracały do jego głowy.
- Powinieneś odpocząć na świeżym powietrzu. Za domem jest piękny ogród i jestem pewien, że świeże powietrze dobrze Ci zrobi.
Dopiero po tych słowach dotarło do niego, że pozwolił Josephowi na pewną bliskość. Nerwowo zrzucił rękę ojca ze swojego czoła i wzruszając ramionami poszedł w stronę schodów prowadzących na parter. Nawet się nie obrócił by powiedzieć coś do niego, jego myśli całkowicie się skupiły na tym co się mogło wczoraj wydarzyć. Gdy wkroczył do jadalni nie spodziewał się zastać jeszcze śniadania na stole, a tym bardziej kolejną służącą, która zbierała zabrudzoną zastawę po posiłku. Dziewczyna nie zwróciła uwagi na nowego gościa i zajmowała się swoją pracą, mamrocząc co chwilę  pod nosem. Otwierał już usta by się przywitać jak i zapytać czy ostało się coś z śniadania, jednak zamknął je z powrotem widząc spojrzenie pracownicy. Z niebieskich oczu spokojnie mogłyby tryskać iskry, które z pewnością spaliłby każdego kogo spotkają na swojej drodze. Na szczęście dla Jaspera wzrok nie posiada właściwości morderczych jedynie go sparaliżował i bez słowa przyglądał się jak służąca oddala się do kuchni niosąc brudne naczynia. Mimo uciążliwego ścisku w żołądku postanowił nie zaglądać do sąsiedniego pomieszczenia, bojąc się konfrontacji z dziewczyną o przerażającym spojrzeniu. W końcu uznał, że jeśli w jadalni znajdują się oszklone dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do ogrodu to może się tam udać. Dopiero gdy znalazł się na tarasie zdał sobie sprawę, że mimowolnie usłuchał rady ojca, jednak było już za późno by się wycofać. Miał wrażenie, że z kuchennego okna przygląda mu się para niebieskich oczu i nie chcąc wyglądać na zagubionego wyminął białe meble ogrodowe wykonane z wikliny, by po chwili zejść drewnianymi schodkami na wysypaną białymi kamykami alejkę. Rozejrzał się dookoła, by obrać sobie jakiś konkretny cel jednak ani sad owocowy, ani szklarnie go nie pociągały. Drogą eliminacji wybrał trzecią ścieżkę, która nie wiadomo dokąd prowadziła. Przechadzając się co jakiś czas mijał marmurowe ławki obok których zasadzone były różane krzewy wspinające się po metalowych stelażach. Zastanawiał się ile osób w przeciągu wieków musiało tutaj odpoczywać podczas ciepłych dni. Jasper nie miał zamiaru siadać na zimnym kamieniu zwłaszcza podczas pogody, która trwała w zawieszeniu pomiędzy typowym letnim dniem a deszczowym. Miał wrażenie, że lada moment może spaść deszcz ale jednocześnie powietrze było zbyt rześkie na ulewę. W pewnym momencie zaczął go intrygować fakt, że już od jakiegoś czasu idzie wzdłuż alejki a nie zobaczył jeszcze ogrodzenia świadczącego o końcu posesji. Ciągle miał w głowie obraz jaki widział gdy z ojcem zobaczył po raz pierwszy rysy domu na wzgórzu. Nie potrafił zrozumieć jak na takim wzniesieniu może być aż tyle wolnej przestrzeni i do tego zagospodarowanej jako ogród. Dopiero gdy się obrócił mógł go zobaczyć w całej okazałości. Idąc nie zwrócił uwagi, że teren został podzielony na piętra, ponieważ jego droga prowadziła zygzakiem na zejściach na niższą kondygnację. Dlatego także nie potrafił z tarasu dostrzec dokąd prowadzi ta alejka. Trochą uspokojony postanowił odkryć zakończenie drogi, starając sobie przypomnieć wczorajszy dzień gdy zasłabł. Musiał przyznać, że ostatnio jego stan zdrowotny bardzo się pogorszył jednak nigdy to nie było powodem utraty przytomności. Owszem zdarzało mu się, że nogi nagle odmawiały posłuszeństwa albo robiło mu się ciemno przed oczyma, lecz to wszystko było spowodowane wycieńczeniem. Przebywając w tym domu mimo nadmiaru wolnego czasu nie miał jeszcze okazji porządnie odpocząć. Nie potrafił siedzieć bezczynnie i nic nie robić, czuł się wtedy jeszcze bardziej zmęczony. Dlatego potrafił godzinami przyglądać się obrazom, chociaż sztuka nigdy go nie pasjonowała. Te rozmyślania przerwał widok starego muru, który w niektórych miejscach zaczął się rozpadać. Duże, nierówno wyciosane kamienie trzymały się na sypiącej się zaprawie, sprawiając wrażenie, że za chwilę wytoczą się ze swojego miejsca pozostawiając jedynie dziurę. Jasper rozejrzał się na około i po bokach dostrzegł znane ogrodzenie, które widział przy przedniej bramie, a to oznaczało, że dotarł do końca posesji. Ścieżka jednak prowadziła wzdłuż wewnętrznego zamurowania i postanowił nią podążyć, by po chwili stanąć przed wypadającą z zawiasów bramą, którą pilnowały posągi dwóch uzbrojonych aniołów. Jeden z nich nie posiadał połowy twarzy,  która zapewne od wieków leży zakopana w ziemi. Jego skrzydła dumnie rozłożone, były dopełnione trzymanym oburącz mieczem,  na którym widniał napis „Bella res est morte sua mori”.  Natomiast drugi posąg przedstawiał anioła, którego skrzydła zostały wyrzeźbione bez większości piór, dając do zrozumienia, że o to stoi upadły. Postać stała wyprostowana, spoglądając w jego oczy miało się wrażenie, że patrzą one z wyższością. Jednak tylko w jednej dłoni trzymał kosę, ponieważ druga wyglądała na odrąbaną, pozostawiając jedynie wyszczerbiony kikut przy ramieniu. Tak jak w poprzednim przypadku na orężu znajdowała się łacińska sentencja brzmiąca „abyssus abyssum invocat”. Po raz pierwszy Jasper żałował, że nie znał się na tym wymarłym języku i nie może zrozumieć znaczenia napisów. Jednak gdy spojrzał na to co zajmuje się za bramą, mógł się ich domyslać. Miał przed sobą cmentarz, na którym znajdowały się stare grobowce jak i zwykłe nagrobki. Przez chwilę się wahał czy powinien wejść na jego teren, ciągle mając w głowie wspomnienia z realistycznego koszmaru, jednak jednocześnie czuł potrzebę zobaczenia kogo tutaj chowali.
                Drzwi od pokoju gwałtownie się otworzyły i z impetem uderzyły o stojącą za nimi komodę wykonaną z dębowego drewna. Pojawiła się w nich kobieta o długich brązowych włosach, które miała upięte w koński ogon. Miała na sobie ciemne, jenasowe spodnie oraz za duży ciemny sweter, który zsuwał się z jej jednego ramienia. Spojrzała na siedzącą w łożu Elizabeth, która na widok gościa zamknęła czytaną niedawno książkę i odłożyła ją na stojącą obok etażerkę. Patrząc na Panią Domu miało się wrażenie, że jest znacznie bledsza, a na jej czole perlą się kropelki potu. Pod jej oczyma znajdowały się sine cienie, a brwi marszczyły się w ciągłym wyrazie bólu, jednak mimo wszystko czuło się od niej bijące ciepło i spokój.
- Co cię sprowadza do mnie Valentino? – spytała słabym głosem i położyła rękę na pościeli.
Dziewczyna usiadła w nogach łóżka i starała się nie skupiać na chorowitym wyglądzie Elizabeth, przez co jej wzrok wędrował po pokoju. Musiała przyznać, że była to największa sypialnia w całym domu i ani trochę nie pasowała do jej właścicielki. Górowały w nim ciemne barwy przez co postać Pani Domu jeszcze bardziej raziła w oczy. Bordowa tapeta z czarnym, różanym ornamentem sprawiała, że pomieszczenie ani trochę nie współgrało z pogodną naturą jego mieszkanki. Meble wykonane z ciemnego, polerowanego drewna jak i obrazy o mrocznych barwach, nie były nigdy zmieniane przez żadną Panią Domu, a jako że to zawsze była ich sypialnia to i także Elizabeth musiała w niej mieszkać.
- Widziałam jak ten chłopak szedł w stronę cmentarza – burknęła pod nosem, patrząc z nutą zazdrości na bukiet białych róż w jednym z wazonów. – Nie chcę podważać twojej decyzji kuzynko ale uważam, że on się zbytnio panoszy. W końcu ją to wkurzy.
Kobieta przez chwilę przyglądała się zaskoczona krewnej, jednak szybko na jej twarz powrócił spokój pomieszany z bólem. Valentina nie chciała zbytnio przemęczać Elizabeth, która od kilku dni cierpiała z powodu silnych bóli głowy, przez co została przytwierdzona do łóżka. Lecz widząc w takiej sytuacji jak dalej jest opanowana czuła, że coś się w niej gotuje. Nigdy nie potrafiła zrozumieć jak można być tak spokojnym przez całe swoje życie. Prawdopodobnie było to spowodowane wybuchowym temperamentem Valentiny, która zazdrościła tego kuzynce.
- Jest ciekawy a to przecież normalne w jego wieku. Przecież jeszcze parę lat temu byłaś taka sama i musiałam podnosić na ciebie głos, byś nie wchodziła na strych – zaśmiała się jednak szybko ucichła wykrzywiając się z bólu. – Jeśli to dla ciebie za mało to mogę pójść do niego i poprosić, by nie zwiedzał pewnych miejsc.
- Nie ma mowy! – krzyknęła brunetka nie zważając na stan kuzynki. – Mam później słuchać wywodów Richarda, że z mojej winy wstałaś i potem będziesz cierpieć? Nie zgadzam się, życie mi jeszcze miłe i wolę nie zginąć z morderczych rąk lokaja.
Elizabeth jedynie się uśmiechnęła widząc rozpierającą energię dziewczyny, której jej samej zawsze brakowało. Musiała się jednak z nią zgodzić co do sprawy Richarda, faktycznie mężczyzna był wyczulony na punkcie jej zdrowia i obchodził się z nią jak z jakiem, gdy tylko czuła się gorzej. Właśnie on wręcz siłą zaprowadził ją do łóżka i nakazał odpoczywać, a gdy wyszedł wyraźnie słyszała jak innych informuje, że wymierzy stosowną karę za zakłócanie jej spokoju.
- Wyolbrzymiasz, po prostu Richard was tylko straszy i w życiu by nie podniósłby ręki na wasze życie.
- To, że ty widzisz w nim kogoś niewinnego to nie znaczy, że taki jest. Nie wszystko musi się zgadzać z twoim wyobrażeniem – fuknęła Valentina podnosząc się z łózka.
Nie mogła ona poradzić na to, że ich charaktery były całkowicie inne i nawet jeśli tego nie chciała to dłuższe przebywanie z kuzynką doprowadzało ją do szału. Spojrzała na Elizabeth, której widocznie także zaczęła ciążyć obecność krewnej, chociaż ciągle na jej twarzy widniał spokój.
- Nie mówię, że wszystko musi być po mojej myśli tyko wyrażam swoje zdanie – odpowiedziała trochę jak na nią oschłym tonem.
Valentina była gotowa do dalszej słownej potyczki kiedy usłyszała krzyk bólu. Dopiero później jej mózg przetworzył informacje i dotarła do niej wykrzywiona z cierpienia twarz Pani Domu. Od razu zapomniała o wcześniejszej kłótni i uklękła obok Elizabeth, nie wiedząc co zrobić. Za każdym razem czuła się bezsilnie kiedy nastawał atak i jedynie co potrafiła to przyglądać się jak blondynka trzyma się kurczowo głowy, starając się tak złagodzić nieznośny ból. W jednej chwili znalazła rozwiązanie i podniosła się by zawołać Richarda, ale gdy się obróciła w drzwiach pojawiła się postać lokaja. Na twarzy mężczyzny widniał strach i bez słowa podbiegł do łoża swojej pani i jedną ręka zaczął gładzić ją po włosach, mówiąc uspakajające słowa jakby miał do czynienia z dzieckiem. Drugą sięgnął ku etażerce i wziął stojącą na niej fiolkę wykonaną z kryształowego, barwionego szkła. Zdjął z niej zawleczkę i podał Elizabeth, jednak nim kobieta wzięła ją do ręki straciła przytomność. Ostrożnie ułożył jej głowę na poduszkach i odłożył fiolkę na miejsce. Ani razu nie spuścił wzroku z postaci Pani Domu, której twarz dopiero teraz przestała wykrzywiać się z bólu.
- Ile razy musi się to jeszcze wydarzyć byś w końcu zaczęła się zastanawiać nad tym co mówisz i czujesz?
- Chcesz powiedzieć, że to moja wina? – spytała z niedowierzaniem, że jest o coś takiego posądzana.
- A czyja? Najczęściej ataki mają zadziwiająco miejsce podczas waszych rozmów.
Słysząc oskarżenie nie mogła już dłużej ścierpieć obecności lokaja i zirytowana opuściła pokój, zamykając z głośnym trzaskiem za sobą drzwi. Nie myśląc dokąd zmierza, szła tam gdzie nogi ją prowadziły walcząc z uciążliwym szczypaniem w oczach. W końcu znalazła się w bibliotece i opadła ciężko na sofę znajdującą się tuż przy dużym oknie. Schowała twarz w dłoniach i starała się uspokoić oddech.
- Czy coś się stało? – usłyszała nad sobą męski głos.
Podniosła głowę i jej oczom ukazał się Joseph, który starał się wytrzeć plamę po farbie z okularów. Czasami widywała historyka jednak zawsze przelotem i była pewna, że ten nigdy jej nie zauważył. Jednak czuła się wewnętrznie rozbita, chociaż wmawiała sobie, że słowa Richarda jej nie poruszyły.
- Nic. Tylko jak zwykle wszystko jest moją winą.
Odwróciła głowę mając nadzieję, że mężczyzna zrozumie przekaz i zostawi ją samą. Jednak Joseph postanowił zrobić na odwrót i usiadł obok dziewczyny pod pretekstem rozpoczęcia lektury jednej z ksiąg, które znajdują się w bogatym zbiorze Funhouse.
- A czy jest w tym ziarno prawdy? – spytał zerkając na Valentine.
- Niestety tak.
                Obok cmentarza przechodziła Rita trzymając w rękach dumnie siatkę z zakupami. Jako, że miała dobry humor postanowiła nadłożyć drogi i wrócić do dworu tylną bramą. Uwielbiała spacery dlatego chętnie zgadzała się na wychodzenie po drobne zakupy, przy większym zapotrzebowaniu udawała się na nie z Bezimienną, chociaż większość produktów była dostarczana przez doręczycieli ze sklepów, którzy podjeżdżali pod główną bramę. Gdy nucąc pod nosem przechodziła obok posągów, dostrzegła coś nowego w okolicy. Wyraźnie na tle grobów widniała postać Jaspera, który stał nieruchomo. Uśmiechając się pod nosem postanowiła sprawdzić co młody gość robi w takim opuszczonym miejscu. Ostrożnie postawiła zakupy na ziemi tuż pod postacią Upadłego i zakradając się zbliżała do Jaspera. Mijała dumnie górujące grobowce jak i mauzolea, których drzwi pilnowały najróżniejsze wyrzeźbione postacie jak i mniejsze oraz skromniejsze groby. Tam gdzie stał chłopak znajdowały się tylko kopce piachu pozbawione jakichkolwiek krzyży czy tablic informujących kto tu spoczywa. Szybko zrozumiała, że Jasper próbuje zrozumieć dlaczego tak jest.
- W przeciągu wieków przybywało tutaj wielu wędrownych i niektórzy z powodu chorób umierali, a wypadło ich pochować – z satysfakcją przyglądała się jak przerażonych chłopak odskakuje na bok.
Bardzo podobała jej się taka reakcja i jeszcze szerzej się uśmiechnęła nie zwracając na klimat tego miejsca. W czasie gdy Jasper walczył z szybko bijącym od strachu sercem, Rita spojrzała na nagrobek znajdujący się w samym rogu cmentarza. Jako jedyny był na uboczu a w jego okolicy nikt inny nie był pochowany. Zawsze ją ciekawiło kto znajduje się w tym zapomnianym i bezimiennym grobie, na którym przetrwała tylko łacińska sentencja „bonum ex malo non fit” czyli słowa Seneki.
- Mam wrażenie, że twoim hobby jest straszenie innych – powiedział urażony ciągle wpatrując się w kopce ziemi.
Na te słowa Rita zaśmiała się radośnie i pokręciła głową ponownie zwracając całą swoją uwagę na gościu. Wiedziała, że tak postępując musiała urazić jego dumę ale ostatnio nikogo nie gościli więc w końcu miała okazję na chwilę rozrywki.
- Widać, że jeszcze nie miałeś okazji poznać Bezi.
- I wolę nie mieć takiej przyjemności.
Nie chciał się zagłębiać w to kim jest owa Bezi a tym bardziej czy to nie jest przypadkiem posiadaczka gromiącego spojrzenia, którą spotkał w jadalni. Ciągle na samo wspomnienie tego wzroku czuł jak po plecach przechodzą mu ciarki. Chociaż mogło być to spowodowane miejscem w jakim teraz się znajduje. Ciszę nagle przerwał dźwięk, który wszystkim się kojarzy z burczeniem w brzuchu. Rita rozbawiona spojrzała na chłopaka po czym ponownie się roześmiała.
- A więc nie zdążył pan na śniadanie? Proszę za mną, a na pewno coś się uda wykombinować by uciszyć pana kiszki.

                W końcu Elizabeth powróciła do normalnego życia i Jasper miał okazję widywać ją kilka razy dziennie jak przechadzała się po korytarzach. Jednak nie miał odwagi by rozpocząć z nią rozmowę onieśmielony jej urodą jak i tym, że wyglądała na zajętą. Gdy tylko udało mu się ją spotkać kiedy odpoczywała to zawsze towarzyszył jej lokaj, który na widok młodzieńca posyłał mu groźne spojrzenie. Miał wrażenie, że Richard jest zadurzony w Pani Domu, ale wolał sobie wmawiać, że to tylko nadmierna troska. W końcu od ojca dowiedział się, że Elizabeth jest słabego zdrowia i cierpi na bardzo poważne i bolesne migreny, co było jej powodem „zniknięcia”. Nie chciał pytać skąd Joseph uzyskał takie informacje, chociaż był tego bardzo ciekaw. Mógłby przysiąc, że historyk z powodu pracy nie ma czasu na żadne rozmowy ale wychodziło na to, że się jednak mylił. Jednocześnie nie mógł zarzucić ojcu, że nie zajmuje się pracą, ponieważ mniejsza sala balowa była już całkowicie odnowiona. Gdy postanowił sprawdzić postęp pracy nie mógł uwierzyć w to jak wszystko się zmieniło. Rozpadający się strop, wyglądał jakby nigdy nie miał problemów, a belki mimo uszczerbków w fakturze już nie szpeciły całego wyglądu. Żyrandol został porządnie wyczyszczony i zakonserwowany przez co dumnie wisiał na środku błękitnej Sali, rzucając na wypolerowaną podłogę odbicia światła padającego z okien. Braki w tapetach zostały wypełnione, a złote ramy obrazów jak i lustra odnowione. Musiał w duchu przyznać, że Joseph wykonał bardzo dobrą robotę i to w przeciągu tygodnia. Sam zainteresowany tłumaczył się, że tylko w tym pomieszczeniu było najmniej pracy i stąd tak szybko się z tym uporał. Inne pokoje, które miał zamiar odnowić były bardziej wymagające i zaczynał powątpiewać czy wyrobi się z terminem.
- W razie czego odwiozę Ciebie przed zakończeniem przerwy letniej i wrócę tutaj do dalszej pracy – zapewniał syna wiedząc, że nie może on opuścić szkoły.
Jasperowi nie było śpieszno do szkoły i mimo wszystko zaczęło mu się podobać w Funhouse, chociaż czasami nie wiadomo dlaczego odczuwał niepokój. Po koszmarze postanowił nie wchodzić na drugie piętro, by nie kusić losu natomiast znalazł towarzystwo w postaci wiecznie zadowolonej pokojówki. Rita na ogół robiła wszystko by uniknąć pracy, a rozmowa z gościem wydawała się idealnym powodem by nie sprzątać. Dla Jaspera było to wygodniejsze, ponieważ dziewczyna wyglądała na zbliżoną mu wiekiem, więc łatwiej było mu odnaleźć wspólny język. Zazwyczaj słuchał zabawnych historii o innych domownikach i jak się okazało było ich więcej, tylko chłopak nie miał okazji na nich wpaść. Pokojówka tłumaczyła, że często przyjeżdża daleka rodzina Elizabeth jak i pewni stali goście, którzy będąc w okolicy dworu mają w zwyczaju przybyć w gościnę. Pani Domu jeszcze nigdy nie odmówiła noclegu żadnemu gościowi, nawet jeśli by się okazał przybłędą. Rita tłumaczyła to faktem, że w okolicy nie było innych zabudowań a najbliższa wioska jest oddalona o dwie godziny drogi i to jeszcze przez las. Podczas jednej z takich rozmów gdzie najwięcej mówiła dziewczyna siedzieli w jadalni, gdzie miała za zadanie przetrzeć zastawę w kredensach.
- No i wtedy Richi – zaczęła kolejną historię machając ścierką na każdą stronę.
- Rita! – rozległ się głos lokaja. – Pani prosi.
Jasper spojrzał w stronę z której dobiegał głos i spodziewał się zobaczyć beznamiętną twarz mężczyzny. Zdziwił się gdy ujrzał na niej zdenerwowanie, a nawet służąca bez sprzeciwu zostawiła pracę i udała się do Pani Domu, zostawiając skołowanego chłopaka samego. Był ciekaw z jakiego powodu wszyscy stali się poważni i w jego głowie pojawiła się myśl by podsłuchać rozmowę. Jednak szybko zdał sobie sprawę, że zapewne będzie miała ona miejsce na drugim piętrze. Zrezygnowany westchnął i spojrzał za okno na ogród.

- Stanowczo zbyt wiele zastanawiam się podczas pobytu tutaj. 

piątek, 26 grudnia 2014

Funhouse Rozdział I

                Przed zadbaną rezydencją, ogrodzoną żywopłotem zatrzymał się powóz zaprzęgnięty w dwa konie. Pojazd był wykonany z czarnego lakierowanego drewna, a na drzwiczkach widniał herb przedstawiający dwa gołębie na tle róży. Woźnica zeskoczył ze swojego miejsca i podszedł do białej maści koni, które widocznie podenerwowane uderzały kopytami o ziemię. W tym momencie otworzyły się drzwi rezydencji i wyszedł mężczyzna ubrany w strój zarządcy, pilnujący ludzi niosących walizki. Za nimi pojawiło się dwoje wytwornie ubranych ludzi, którzy z wyglądu byli do siebie podobni, mimo różnicy płci. Oboje mieli jasne blond włosy oraz taki sam wyraz twarzy. Chociaż gdy się przyjrzano to od twarzy kobiety bił wręcz troska, natomiast od mężczyzny dało się wyczuć zdenerwowanie i władczość. Kiedy oboje zatrzymali się na podjeździe, spojrzeli na siebie z widocznym smutkiem. Mężczyzna wyciągnął rękę i pogładził policzek towarzyszki.
- Uważam to za zły pomysł. Nie nadajesz się do tego domu, Elizabeth…
Blondynka zamknęła oczy i widocznie delektowała się tym aktem czułości. Na jej ustach pojawił się nikły uśmiech. W końcu zakryła dłoń mężczyzny swoją własną i spojrzała na niego zielonymi oczyma.
- Christianie… Jadę tam tylko na chwilowe zastępstwo. Wrócę nim się obejrzysz.
- Jesteś zbyt delikatna, a to miejsce wręcz emanuje złem. Do tego powinnaś zabrać ze sobą służbę.
Elizabeth ciężko westchnęła i mocniej ścisnęła dłoń blondyna. Chciała trwać w tej chwili wiecznie, czuć pod opuszkami palców ciepło drugiej osoby. Wiedziała, że każdego dnia będzie jej brakowało wspólnych posiłków, spacerów oraz innych chwili kiedy Christian był obok niej. Czuła jak i on drży na całym ciele na myśl, że będą rozdzieleni.
- Dobrze wiesz, że to tylko chwilowe. Służba nie jest potrzebna przez tak krótki okres czasu. A i nic mi się nie stanie, dobrze wiesz o czym mówię.
Christian obejrzał się w koło i przez chwilę zwrócił uwagę na to co wykonuje woźnica, który wraz z zarządcą pilnował by inni pracownicy umieścili prawidłowo walizki na wozie. Jego wzrok powędrował na okno, w którym zasłona była odsunięta. Mimo iż nic nie widział to dobrze wiedział, kto w nim stoi – Pan tego dobytku a zarazem ich ojciec. Czuł narastający gniew, ale zniknął równie szybko jak się pojawił. Spojrzał zlękniony na Elizabeth, która uśmiechnęła się pocieszająco. Bez namysłu pociągnął siostrę w stronę parku, by chodź na chwilę nie czuć na plecach spojrzenia ojca.
- Christianie… - szepnęła Elizabeth. – Zaraz będę wyjeżdżać, a jeśli… - jednak nie dokończyła wypowiedzi.
Jej usta zostały zamknięte długim pocałunkiem, bez namysłu oddawała się tej zakazanej namiętności. Czuła jak dłonie brata przesuwały się po jej plecach, jednak zatrzymywały się z drżeniem przy końcu gorsetu. Rozległo się rżenie koni i odskoczyli od siebie jak poparzeni. Oboje oblali się rumieńcem i wrócili z powrotem na podjazd. Woźnica otworzył drzwiczki powozu i skłaniając się zaprosił Elizabeth do środka. Tym razem rodzeństwo pożegnało się uściśnięciem ręki. Kiedy pojazd ruszył alejką, wychyliła głowę by po raz ostatni zobaczyć tę twarz, którą kochała.
                Kiedy woźnica prowadził powóz przez pola, Elizabeth nawet nie zwracała uwagę na przemijający krajobraz. Rozmyślała ciągle nad powodem wyjazdu. Parę dni temu otrzymała prośbę od siostry swej nieboszczki matki, by mogła się przez jakiś czas zająć rodowym dworem. Zadziwiająco jej ojciec był za tym pomysłem. Przedstawiał same plusy wyjazdu z zatłoczonego i głośnego Londynu do spokojnego dworu Funhouse. Nie przejmował się tym, że dom nie miał zbyt przychylnej opinii wśród krewnych swojej zmarłej żony, którzy nigdy nie toczyli o niego sporów majątkowych. Tylko ona i Christian dostawali gęsiej skórki na myśl o tym miejscu. Jednak nie przerażało ich to tak jak fakt, że zostaną rozdzieleni. Elizabeth była pewna, że ich ojciec wie o tych zakazanych uczuciach. Mimo bycia bliźniakami, kochali siebie w większym znaczeniu niż brat z siostrą. Żaden mężczyzna nie budził w niej takich czuć jak Christian. Jaką było radością, gdy odkryła, że jej uczucia są odwzajemnione. Przez długi czas byli zmuszeni do ukrywania swoich namiętności i za dnia zachowywali się przykładnie. Elizabeth nawet domyślała się kiedy zostali nakryci i zrozumiała, że ojciec chcąc ich rozdzielić miał nadzieję, że zgasi ten płomień, który trawił ich serca i duszę. Jednak czuła, że z każdą większą odległością coraz bardziej rosną jej uczucia do brata. Ta rozłąka jeszcze bardziej ustabilizuje ich uczucia, które niestety nie są tolerowane przez innych. Jednak wina leżała także po stronie ojca, który znając sekret rodu z którego pochodziła jego małżonka, zgodził się oddać córkę pod ich wychowanie. Kiedy Elizabeth powróciła po latach spędzonych na naukach, nie była już małą, pyzatą dziewczynką tylko wytworną i delikatną damą. Nie dziwił się synowi, ponieważ dorosła Elizabeth była bardzo piękną kobietą. Miała w sobie tyle gracji, a rozmawiając z nią czuło się tyle ciepła, że nie raz miało się wrażenie, że wszystko jest tylko pięknym snem. Natomiast Elizabeth przebywając u krewnej nie miała w ogóle styczności z młodymi mężczyznami, więc gdy po wieloletniej rozłące ujrzała brata, poczuła coś nowego. Mężczyźni okazali się atrakcyjni.
                Nagle pojazd zatrzymał się przed wielką bramą. Dopiero wtedy Elizabeth obudziła się z rozmyślań. Wyjrzała przez okno i poczuła narastający niepokój. Mimo wyniosłości budynku czuła w nim coś obcego, coś czego nigdy by wolała nie poznać. Samo zachowanie koni ciągnące powóz, które wyglądały na spłoszone budziło pewien lęk. Z ciężkim sercem wyszła z wozu i otworzyła niepewnie bramę. Zawsze wiedziała, że ten dwór jest inny, ale tutaj miała wrażenie, że wchodzi do przedsionka piekła. Odebrała od woźnicy walizki nakazała by wracał do Londynu. Wzięła głęboki oddech i weszła na teren Funhouse. Od razu poczuła, że coś się właśnie zmieniło. Łzy napłynęły jej do oczu i starając się opanować zastukała we drzwi.


                Po kilku dniach deszczu, w końcu nad Londynem wyszło słońce. Mieszkańcy od razu powychodzili z domów by nacieszyć się tak piękną pogodą. Dlatego parki wypełniły się miłośnikami spacerów. Głównie byli to starsi ludzie oraz rodziny z małymi dziećmi, które pędziły w stronę placów zabaw. Między innymi spacerowała dwójka dorosłych, którzy szli w milczeniu nie wiedząc co powiedzieć. Kobieta była ubrana w białą koszulę oraz czarne spodnie, a jej obcasy co jakiś czas utykały w jeszcze podmokłej glebie. Wtedy pomagał jej wysoki brunet, który nie był ubrany po biurowemu jak jego towarzyszka. Co jakiś czas chował dłonie w kieszeniach jeansowych spodni, a koszula w kratę wręcz błagała o wyprasowanie wystając spod skórzanej kurtki. Przechadzali się po parku nie mówiąc, żadnego słowa, mimo to dało się wyczuć panującą pomiędzy nimi napiętą atmosferę. Nagle kobieta się zatrzymała i spojrzała na bruneta, zaciskając zsiniałe od zimnego powietrza wargi.
- Nie mam tyle wolnego czasu w pracy więc powiedz o co Ci chodzi.
- Ech… Czy ty kiedykolwiek masz na coś czas oprócz pracy – westchnął i się zatrzymał.
- Przepraszam, że w porównaniu do Ciebie staram się zarobić na utrzymanie dobrze płatnym stanowiskiem.
Podeszła do niego i spojrzała z pewną wyższością, jednak po chwili zrezygnowała z tego zabiegu i usiadła na pobliskiej ławce. Objęła ramiona rękami i zaczęła je powoli trzeć by chodź trochę się rozgrzać, ponieważ mimo słońca w cieniu było chłodno. Brunet zdjął kurtkę i zarzucił na ramiona kobiety, po czym zajął miejsce obok niej.
- Caroline… Przez to właśnie się rozwiedliśmy, więc teraz, proszę nie wyrzucajmy sobie brudów…
- Też tak uważam, w sądzie już i tak zbyt wiele sobie powiedzieliśmy. Jednak to ty zacząłeś tą kłótnię, Josephie – zauważyła i wymusiła na sobie uśmiech. – Lecz co takiego ode mnie chcesz?
- Czy Jasper ma jakieś plany na wakacje? Chciałbym zabrać go ze sobą na wieś.
- Wieś? Czyżbyś się wyprowadzał?
- Nie – zaśmiał się widząc nadzieję w oczach byłej żony. – Będę pracował w zabytkowym dworze na pewnym odludziu. Myślałem, że taki spokój i cisza dobrze mu zrobią przed egzaminami do szkoły.
Caroline spojrzała na niebo, mocniej opatulając się kurtką. Znała syna zbyt dobrze i wiedziała, że jeśli nie będzie musiał to woli zostać w domu. Mimo, że w miarę pokojowo się rozwiedli to jednak Jasper wolał zostać pod jej opieką a nie ojca, który był zafascynowany starociami i zabytkami. Dobrze wiedziała, że Joseph z tego powodu czuł się bardzo dotknięty i szukał jakichkolwiek sposobów by zbliżyć się do syna, który po prostu nie ciekawił się zawodem ojca.
- Przekażę mu to i zadzwonię z odpowiedzią – powiedziała po chwili namysłu.
- Dziękuję Ci – odpowiedział z uśmiechem. – A teraz Ciebie nie zatrzymuję. Pewnie spieszysz się do pracy.
- Wyjątkowo się z tobą zgodzę…
Z uśmiechem na ustach oddała mu kurtkę, jednak Joseph odmawiał jej przyjęcia. Caroline czuła się przez to niezręcznie, biorąc pod uwagę, że teoretycznie nic ich nie łączyło. Jednak czasami miała wrażenie, że nic nie miało miejsca. Kiedy odprowadził ją do biurowca, czuła się jak w pierwszych latach ich małżeństwa, kiedy oboje dopiero zaczynali własne, dorosłe życie.
                Caroline wróciła do domu późnym wieczorem i zmęczona przekroczyła próg między garażem, a częścią mieszkalną. Szybko zrzuciła ze stóp szpilki i odetchnęła z ulgą, czując jak zimna podłoga działa kojąco na obolałe nogi. Starając się jak najciszej stąpać, udała się do kuchni by zaspokoić ssący głód. Gdy tylko otworzyła drzwiczki lodówki usłyszała za sobą kroki.
- I dzisiaj też późno wróciłaś…
Spojrzała na syna znad ramienia. Chłopak wyglądał na przemęczonego, co podkreślały sine cienie pod oczyma. Jego rude włosy były matowe oraz pozbawione jakby życia. Poważnie martwiła się o zdrowie Jaspera, który nie chciał się do tego przyznać. Caroline mimo ciężkiej i czasochłonnej pracy wyglądała lepiej od syna, nawet bez pomocy makijażu.
- Niestety przeciągnęło się w pracy, a w ciągu dnia zafundowałam sobie godzinną przerwę.
Wyciągnęła z lodówki kilka artykułów spożywczych z których miała zamiar przyrządzić szybką sałatkę zwaną w domu „śmieciówkę”. Jasper spojrzał na matkę z uwagą, nie spodziewając się, że Caroline jest zdolna do robienia przerwy w pracy. Jednak blondynka nie zwracała uwagi na syna i położyła patelnię na płycie grzewczej. Wzrokiem poszukała oleju, który ukrył się za stojakiem z przyprawami. W tym samym czasie myła filety z piersi kurczaka, które po chwili zaczęła kroić w kostkę. Jasper widocznie zrezygnował z niemiej prośby i zaczął siekać warzywa, by chodź trochę pomóc matce.
- A z jakiej okazji zrobiłaś tą przerwę? – spytał wrzucając pokrojoną sałatę do naszykowanej miski.
- Twój ojciec poprosił o spotkanie, więc się zgodziłam.
- Czyżby chciał do Ciebie wrócić? – zadrwił Jasper zerkając jak Caroline podsmaża kurczaka.
- Nie, oboje przecież podjęliśmy decyzję o rozwodzie i żadne z nas tego nie żałuje… - odpowiedziała doprawiając mięso. – Prosił bym Ci przekazała jego propozycję o wspólnym spędzeniu wakacji.
Chłopak zaśmiał się pod nosem i kręcił jedynie głową. Widać było, że nie ma nawet chęci na takie spędzenie letniej przerwy. Caroline spodziewała się takiego nastawienia ze strony syna, chociaż nie rozumiała czym jest ono spowodowane. Już przed rozwodem dostrzegła, że Jasper zmienił stosunek do Josepha, ale wtedy nie miała czasu na rozmyślenie nad tym. W tym samym czasie zaczął wyglądać coraz gorzej, zrezygnował z drużyny sportowej i opuścił się w nauce. Miała nadzieje, że gdyby na chwilę wyjechał to powróciłby do formy.
- Uważam, że taki wyjazd dobrze by Ci zrobił – powiedziała powodując zdziwienie na twarzy syna. – W końcu odpoczniesz trochę, a do tego to twój ojciec. Zależy mu na tobie,
- No to ma pecha. Niezbyt mi się chce z nim spędzać czas.
Caroline ułożyła podsmażone kawałki kurczaka na warzywach w misce i zaczęła przygotowywać sos, Udała, że te słowa niezbyt na nią wpłynęły. W końcu byli po rozwodzie, ale było to jednak coś smutnego.
- Naprawdę nie rozumiem co w nim widziałaś – ciągnął Jasper wyciągając talerze z szafy. – Przecież nie potrafi nic dobrze zrobić i do tego ciągle wpadał w tarapaty.
Te słowa tak ją poruszyły, że nawet nie zauważyła kiedy zacięła się nożem. Po chwili dostrzegła jak czerwona ciecz wypływa z płytkiej rany w ręce. Po rozwodzie odkryła, że Jasper przejął rolę gospodarza i martwił się o nią, jednak nie spodziewała się po nim aż takiej nienawiści.
- Nie zrozumiesz tego – szepnęła przyciskając do skaleczenia ręcznik. – Miłość przychodzi nagle.
Chłopak widząc krew od razu wyciągnął apteczkę i zaczął opatrywać ranę matki, mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem. Caroline na chwilę się wyłączyła i oddaliła w świat wspomnień.
                Podczas swoich studiów ekonomicznych, każdego dnia przychodziła do uniwersyteckiej biblioteki, by usiąść na swoim stałym miejscu i kontynuować pracę nad licencjatem z ekonomii. Dobrze pamiętała ten dzień gdy po zajęciach z przedsiębiorczości, udała się do gmachu biblioteki, ale jej miejsce było zajęte przez kogoś innego. Oburzona ruszyła w stronę nieznajomego młodzieńca, jednak w połowie drogi zrezygnowała i ukryła się za pobliskim regałem. Nie wiedziała dlaczego, ale zabrakło jej odwagi. Czuła, ze ogarnia ją wstyd na myśl, że tak może się odezwać do chłopaka, który siedział pogrążony w lekturze między stosem książek. Chociaż siedzący tam młodzieniec nie był okazem bóstwa, wyglądał przeciętnie i niezbyt porywająco, jednak miał w sobie „to coś” co zawstydziło Caroline. Dyskretnie kręciła się w jego okolicy mając nadzieję, że sobie pójdzie. Do tej pory ma przed oczyma uśmiech, kiedy nagle na nią spojrzał. Przez chwilę coś notował, by po paru minutach zabrać swoje rzeczy i odejść. Od tamtej pory, kiedy Caroline przychodziła do czytelni to czekał tam ów tajemniczy brunet. Przez przypadek odkryła, że ma na imię Joseph i gdy się pojawiała to przenosił się do innej części biblioteki, gdzie kontynuował swoją pracę.
                Pewnego dnia, kiedy przyszła Josepha nie było. Zamiast usiąść nad pracą licencjacką, zaczęła się przechadzać pomiędzy działami, mając nadzieję odkryć dlaczego go nie ma. Kiedy w końcu go dostrzegła skupionego nad jakąś książką przy dziale historycznym, poczuła jak napięcie z niej upływa.
- Czyżby i tutaj było twoje miejsce? – usłyszała rozbawiony głos. – Bo już nie wiem gdzie mam pracować.
Mimo, że w ogóle się nie znali to Caroline wspomina ten dzień, kiedy wszystko się zaczęło. Zakochała się w Josephie, ponieważ potrafił przejrzeć ją na wylot i dbać o nią tak jak nikt inny. Teraz jego zastępował Jasper, jednak nie było to tym samym. Spojrzała na zmartwioną twarz syna i zdała sobie sprawę, że przez pewien czas przestała kontaktować.
- Jeżeli chcesz zrozumieć dlaczego go pokochałam to musisz spędzić z nim wakacje – powiedziała nagle. – Nawet naciskam byś to zrobił.

                Niebo przybrało ciemną barwę przez szare chmury, które zasłoniły cały nieboskłon. Ponury klimat nadawał znajdujący się niedaleko duży las, który rzucał wielki cień na okolicę. Jednak najbardziej przytłaczające były ruiny domów, które wystawały znad zdziczałej i wysokiej trawy. Były to jedyne ślady po znajdującej się tutaj niegdyś wiosce. Okolica wyglądałaby na wymarłą, gdyby nie górujący nad nią dumnie wielki dom, z którego okien biło światło – jedyny znak, że ktoś tu jednak żyje. Biały Range Rover zmagał się z nieutwardzoną nawierzchnią i próbował w zapuszczonej trawie odkryć resztki niegdyś znajdującej się tutaj drogi. Kierowca musiał całą swoją uwagę skupić na tym by przypadkiem nie wjechać na jakieś stare resztki zamurowani mieszczących się kiedyś tutaj domostw oraz by nie wpaść w poślizg i utknąć w błocie. Nie wiedział co jest gorszym wariantem, zwłaszcza, że siedzący obok Jasper w ogóle nie był zadowolony. Miał nadzieję zainteresowania syna tak klimatycznym miejscem jak to, jednak chłopak wydawał się obojętny na wszystko i zajmował się jedynie swoim telefonem. Joseph zmienił bieg, by wjechać pod górę i starał się nawiązać rozmowę.
- Oszczędzałbym baterię, ponieważ ten dom nie jest w ogóle wyposażony w elektryzację – powiedział uśmiechając się.
- Co? – krzyknął Jasper. – Nie dość, że nic nie ma w okolicy to jeszcze warunki średniowieczne?
Mężczyzna nie dał po sobie poznać jak go uraził brak zainteresowania historią, przez jego syna, który bez technologii nie widział życia. Nie chciał narzucać mu swojego zdania co do życia w „czasach średniowiecznych” oraz odpuścił sobie wykład na temat historii średniowiecza i warunków życia ludności w tym okresie. Gdy zatrzymał się przed bramą, silnik nagle zgasł i odmówił dalszej współpracy. Joseph nerwowo przekręcał kluczyk, aż zrezygnowany wysiadł z pojazdu. Otworzył tylną klapę i wyciągnął bagaże.
- Pod drzwi już sami podejdziemy – powiedział nachylając się nad tylnymi siedzeniami.
Jasper niechętnie opuścił ciepłe wnętrze pojazdu i przeszedł przez bramę. Brunet upewnił się czy auto jest dobrze zamknięte i nosząc bagaże podążył za synem. Gdy przekroczył bramę zapomniał o zapewne rozładowanym akumulatorze i skupił całą swoją uwagę na sylwetce domu i jego posesji. Chciał zapamiętać każdy szczegół posągów przy bramie, każdy kwiat, wyuczyć się każdego cięcia w kamieniu z których zbudowano ten dwór. Gdy stanęli przy drzwiach podziwiał piękne zdobienia na klamce oraz kołatce, które mimo widocznego zużycia ciągle zachwycały oko. Jasper przechodził obok tego obojętnie, chociaż był widocznie poddenerwowany. Miał wrażenie, że ktoś go śledzi, jednak z każdej strony nikogo nie widział. Gdy zastukali w drzwi po chwili się one otworzyły i przywitał ich wysoki mężczyzna ubrany w staromodny surdut angielski. Chłopak nie mógł się odpędzić od wizji lokaja oraz przeczucia, iż ten dom jest atrakcją turystyczną. Jednak nim wygłosił swoją myśl na głos, stanął jak wmurowany. Podchodziła do nich młoda kobieta ubrana w białą koszulę oraz beżową spódnicę do kostek. Jednak całą uwagę skupił na jej twarzy. Była piękna, Jasper ani Joseph nie spotkali się nigdy na ulicy z takim niepospolitym typem urody. Mimo iż rudzielec widywał blondynki o porcelanowej karnacji, to patrząc na tą kobietę miał wrażenie, że wręcz bije od niej jasny blask. Natomiast Joseph porównywał ją do ideału piękna w Anglii sprzed wieków, gdzie każdy aspekt jej urody pokrywał się z tamtymi wymaganiami. Jednak jej zielone oczy wybijały się z gry jasnych barw. Jasper był pewny, że taki nasycony odcień zieleni jest niespotykany u ludzi.
- Witam was w Funhouse.  Niezmiernie się cieszę z faktu, iż zgodził się Pan dokonać paru renowacji – zwróciła się do Josepha, ciepło się uśmiechając. – Nazywam się Elizabeth i noszę tytuł pani tego domu. Pozwolą Panowie by Richard zaprowadził państwa  do pokoi byście mogli odpocząć po podróży.
Mężczyzna, który wcześniej otworzył im drzwi, wskazał ręką na schody. Joseph podziękował za gościnę i delikatnie poklepał syna po ramieniu, by zaprzestał wpatrywania się we właścicielkę dworu z przysłowiowym karpiem. Młodzieniec jakby zdał sobie sprawę, że właśnie się wygłupił i jako pierwszy wszedł na schody. Przystanął przy wejściu na drugie piętro i spojrzał na Richarda. Mężczyzna budził w nim niepokój. Nie tylko górujący wzrost, ale beznamiętna twarz i oczy ukryte za okularami pasowały mu bardziej do bezwzględnego mordercy niż lokaja. Do tego szatyn był zaskakująco przystojny, co bardzo uderzyło Jaspera.
- Pokój Pana Josepha znajduje się tutaj – wskazał na jedne z drzwi znajdujące się w długim korytarzu. – Natomiast ten należy do Pana Jaspera.
Chłopak spojrzał na wejście do swojego pokoju, który znajdował się naprzeciw sypialni ojca. W duchu dziękował niebiosom za to, że nie będzie musiał z nim spać w jednym pomieszczeniu. Ponownie nie zwracał uwagi na to co mówi Joseph tylko od razu poszedł rozgościć się w swoim pokoju.
                Gdy przekroczył próg od razu uderzył go w oczy styl w jakim było umeblowane pomieszczenie. Miał wrażenie, że cofnął się w czasie patrząc na ciężkie zasłony na oknach, wiszące na pięknie zdobionym, zabytkowym karniszu. Gdy dotknął materiału nawet on dostrzegł, że jest to ręczna robota jakiegoś mistrza szycia. Podobnie było z czerwoną narzutą na łóżku, a raczej łożu; na której widniał złoty haft przedstawiający kwiatowe ornamenty. Meble miały ciemną barwę oraz ślady po wiekowym użytkowaniu. Cały pokój mimo skromności był prawdziwym okazem historii nawet dla Jaspera, który nigdy się tym nie interesował. Kiedy wypakował ubrania z torby do wiekowej, pięknie zdobionej szafy, wyobrażał sobie w jakim błogim stanie musi być jego ojciec. To co widział na podjeździe nie mogło się równać  rzeczywistym emocjom Josepha. Jednak wolał nie nadużywać czasu spędzonego z ojcem i napawał się chwilą samotności. Niepewnie usiadł na łożu, które cicho zatrzeszczało pod jego ciężarem. Nie chcąc brudzić narzuty, zdjął buty i położył się patrząc na sufit. Spodziewał się poczuć stęchły zapach starej pościeli, jednak zaskakująco nic takiego nie nastąpiło. Jego myśli od razu powędrowały ku pięknej pani domu, która miała w sobie coś takiego co powodowało, że nie mógł o niej zapomnieć. Nie zwracał uwagi na staromodny styl, ani na prawdopodobnie starszy od niego wiek. Był zafascynowany jej niespotykaną urodą i elegancją, która w tych czasach zanika. Nie mógł się doczekać, by ponownie ją ujrzeć. Chciał się poderwać na równe nogi i pod pretekstem zwiedzenia posiadłości odnaleźć Elizabeth. Już był gotowy wcielić swój plan w życie kiedy, do jego uszu dobiegło pukanie w drzwi. Nim zdążył się odezwać, otworzyły się i w progu pojawił się Joseph.
- Nie śpisz? – spytał wchodząc do środka.
Tak jak Jasper się spodziewał, jego ojciec od razu zafascynował się wnętrzem. Jednak w porównaniu do syna skupił się na tapecie.
- Cudowna! Ręcznie malowana, widać gołym okiem mistrzowski kunszt i stare metody jakimi ją wykonano – mówił z przejęciem. – Jak na razie w każdym miejscu jest inna tapeta. Ach… Ten ród musiał być bogaty jeśli było ich stać na taki luksus.
Jasper nie rozumiał dlaczego to właśnie tapety mają świadczyć o majątku tej rodziny. Nie wiedział, że w czasach kiedy je wykonano tapety były bardzo wielkim luksusem i posiadanie chociaż jednej, wykonanej przez mistrza wiązało się z wielkimi wydatkami, oczywiście zależnie od metrażu pokoju, który miał być nią ozdobiony. Więc Joseph widząc jak na początek inne tapety bez trudu zrozumiał bogactwo właścicieli tego domu, którzy je zakupili. Meble czy inne przedmioty mogły być zakupione później i nie musiały posiadać wtedy pierwotnej ceny, a tapety trudno jest zerwać i umieścić na innej ścianie. Jednak Joseph był historykiem i nie miał za złe synowi, który tego nie wiedział.
- No ale ja tutaj o tapecie, a przyszedłem się spytać jak ci się tu podoba – zaśmiał się zasiadając na jedynym krześle w pokoju.
- Nie ma prądu ani niczego ciekawego w okolicy. Lampy naftowe smrodzą, a do tego jestem skazany na twoje jęki zachwytu na temat cudowności każdego elementu domu. Stanowczo nawet w piekle nie jest tak źle.
- Synu, ty potrafisz wbić człowiekowi nóż w serce. Jednak nie wmówisz mi, że podobnie myślisz o naszym gospodarzu. Czyż Panna Elizabeth nie jest piękną kobietą?
Jasper obrócił głowę w drugą stronę, by nie pokazać jak bardzo jego ojciec trafił w sedno. Zaczął szybko poszukiwać rozwiązania, które by zamknęło ten temat. Gdy wpadł na pomysł, podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał z wyrzutem na Josepha.
- Czyżbyś znalazł zastępstwo za mamę? – spytał zirytowanym głosem.
Jednak Joseph nie wyglądał na zmieszanego, ani przejętego tym oskarżeniem. Przyglądał się synowi, który tak bardzo przypominał mu Caroline. Nie mógł się powstrzymać przed uśmiechem.
- Nie… Twoja matka wie, że nie będę z inną kobietą. Dlatego w Elizabeth widzę jedynie miłą kobietę i nic więcej.
Chłopak nie spodziewał się takiej odpowiedzi, więc nie miał w głowie żadnego uszczypliwego komentarza lub riposty. Przypomniał sobie jak jego matka, powiedziała, że właśnie teraz ma szanse by odkryć co widziała w jego ojcu. Dla Jaspera zawsze był ciapowaty, jednak musiał przyznać, że i bardzo spostrzegawczy. By zakończyć rozmowę spojrzał na wcześniejszy obiekt zachwytu Josepha i dopiero teraz dostrzegł, że na ciemnozielonym tle znajdują się czarne ptaki. Gdy dokładniej się przyjrzał od razu rzuciło mu się w oczy, że każdy z ptaków jakoś się od siebie różni.

                Richard zamknął za sobą drzwi, trzymając w jednej ręce srebrną tacę z serwisem do herbaty. Podszedł do stolika do kawy, wykonanego z ciemnego mahoniowego drewna i ostrożnie układał na nim zawartość tacy. Najpierw położył srebrną paterę z wypiekami, która posiadała roślinny motyw, a na uchwycie widniała figurka feniksa z rozłożonymi skrzydłami. Następna była porcelanowa filiżanka ozdobiona ręcznymi malunkami kolorowych kwiatów, która stała na spodku z tego samego zestawu. Na nim leżała także srebrna łyżeczka, na której rączce widniały grawerunki róży. Po chwili Richard nalał do filiżanki herbaty i odłożył imbryczek na tacę, jednocześnie podsuwając filiżankę bliżej siedzącej na szezlongu Elizabeth.
- Dziękuję Ci, Richardzie – wskazała na fotel naprzeciwko niej. – Proszę, usiądź jeśli to dla Ciebie nie problem.
Szatyn lekko się pokłonił i zajął swoje miejsce, w tym czasie Elizabeth zanurzyła usta w złotym naparze.
- Odkąd służę nigdy Ci niczego nie odmówiłem, więc to niepotrzebne pytanie.
Mimo iż mówił to stałym tonem głosu to dało się wyróżnić w nim ciepło. Uśmiechnął się do swojej pracodawczyni, na co ona odpowiedziała tym samym gestem. Odłożyła filiżankę na spodek i nachyliła się nad stolikiem, by położyć swoją dłoń na ręce lokaja.
- Dobrze wiesz, że nie chcę Cię zmuszać. Najważniejsze jest dla mnie wasze dobro, dlatego jeśli obecność gości wam przeszkadza to mogę ich odesłać.
Mówiąc to patrzyła Richardowi prosto w oczy z pewnym poruszeniem. Bardzo ceniła sobie opinię innych domowników jak i służby. Mężczyzna delikatnie uścisnął dłoń Elizabeth po czym przyłożył ją do ust składając delikatny pocałunek, który był bardziej muśnięciem wargami.
- Wszystko co robisz to z myślą o nas i domu, dlatego wiem, że twoje decyzje są słuszne. Do tego możliwość zobaczenia na twej twarzy uśmiechu wszystko wynagradza.
Elizabeth odetchnęła z ulgą i z wdzięcznością uśmiechnęła się do Richarda, który powoli wypuścił jej dłoń.
- Tylko pytaniem jest czy Ona nie będzie miała z tym problemów… - odezwał się po chwili poprawiając okulary.
- Mam nadzieję, że nie pojawi się prędko przed naszymi gośćmi… Chciałabym by Pan Joseph chodź trochę pomógł nam w odbudowie domu.
- Jednak mam dziwne przeczucie, że nie tylko dlatego go zaprosiłaś.
Zaśmiała się cicho i upiła łyk herbaty. Richard wziął z tacy talerzyk i położył na nim jeden z wypieków, po czym podał Elizabeth. W jej zielonych oczach jakby płonęły iskierki, co powodowało, że jej poważne rysy twarzy znikały i widziało się młodą kobietę w sile wieku.

- Jeśli mam rację to szybko odkryjesz moje zamiary. Do tego pamiętaj, że Funhouse nie przyjmuje byle kogo jako swoich gości. Ten dom jest wybredny.

__________________
I w końcu udało mi się przepisać to z mojego zeszytu. Przyznam się bez bicia, że byłam święcie przekonana, że jeśli zajęło mi to cztery strony w zeszycie to wyjdzie mniej w wordzie. Niestety zapisałam tam siedem i pół strony, więc moje abstrakcyjne myślenie jest do kitu... No ale pomijając, że robiłam to cały dzień z pauzami na czytanie i inny duperele to jestem z siebie zadowolona. Zmieniłam parę rzeczy podczas wstukiwania tego wszystkiego na klawiaturę, ale to są pewne szczegóły. 
Zaznaczę, że parę rzeczy zapożyczyłam z PBFa o tej samej nazwie jak i RPG, które stworzyłam wzorując się na tym. Postacie są po części wymyślone przez zacną osobę (czyli mnie) jak i zapożyczyłam w częściach z RPG i PBF. Jeśli widzicie tam je to przepraszam, że parę rzeczy w nich zmieniłam. Wasze pierwowzory są boskie, ale nie potrafię oddać w pełni ich bóstwa! 
A teraz dodam spóźnione życzenia świąteczne i od razu sylwestrowe, więc byście dobrze się bawili w tę szaloną noc sylwestrową a nowy rok przyniósł wam wiele radości i szczęścia. A a wygląd bloga się zmieni, gdy tylko znajdę czas na zainstalowanie gimpa :P

piątek, 19 grudnia 2014

Consolation Rozdział III

            Zbliżał się wieczór, a w gospodzie coraz więcej pojawiało się klientów. Większość z nich była stałymi bywalcami, ale zdarzały się także nowe twarze. Arten przechodziła między stolikami i dolewała piwa oraz pobierała opłaty i zamówienia od nowo przybyłych. W momencie kiedy w dzbanach skończył się trunek, podeszła do lady gdzie jej matka dała jej pełne naczynia. Mimo panującego gwaru do jej uszu doszedł dźwięk otwieranych drzwi. Przez lata pracy wręcz wyszkoliła swój słuch, by wyłapywał trzaśniecie drzwi. Przemieszczając się miedzy stołami, w końcu doszła do tego zajętego przez nowych klientów. Z jej twarzy zszedł uśmiech, kiedy rozpoznała w jednym z nich Marca.
-  Większy dekolt w pracy – zaśmiał się jej szwagier.
- To co zwykle – spytała oschłym tonem.
Mężczyzna przytaknął głową i zaczął rozmowę z swoimi towarzyszami. Etner widocznie był zainteresowany czymś innym, jednak starsi nie zwracali na to uwagi. Po chwili na ich stoliku znalazły się trzy kufle piwa, a Arten znikła wśród gości.
- Zagraj nam! – ktoś krzyknął.
Dołączyły kolejne prośby i właściciel sięgnął po swe skrzypce. Wystukał rytm butem i rozpoczął grę, skocznej melodii. Długo nie trzeba było czekać by klienci zaczęli wyklaskiwać rytm, a niektórzy zaczęli tańczyć. Co chwilę jakiś próbował porwać do baletów, córkę karczmarza. Jednak brunetka sprytnie ich unikała i kręciła rozbawiona głową. Stali goście zaczęli się śmiać, wiedząc, że nie mają szans.
- Wiesz… - szepnął Marco. – Jest taka pogłoska, że kto pocałuje Arten ten będzie jej mężem.
Chłopak zrobił wielkie oczy na tą wieść. Jednak jego zapał zgasił śmiech ojca, który musiał się uspokoić łykiem piwa.
- Warunkiem jest by to było w karczmie, jednak skubana tak ich unika, że nikt już nie próbuje.
- Ale skąd ta wieść? – zdziwił się.
- Bo mój teść chce ją jak najszybciej wyswatać.
Wzrok rudzielca padł na dziewczynę i dopiero teraz zauważył jej zachowanie. Unikała obracania się kiedy ktoś nagle ją zatrzymał i nigdy nie pozwalała na zbytnią bliskość klientom. Pokręcił głową rozbawiony, nie dowierzając temu wszystkiemu. Po pewnym czasie Arten ponownie zawitała przy ich stoliku by dolać trunku. W tym momencie zaświtał mu pomysł.
- Arten… - zwołał ją wstając.
Nie spodziewał się, że dziewczyna wykona obrót by na niego spojrzeć. Bez namysłu chwycił ją w tali i pocałował. W karczmie nastąpiła cisza by w końcu odezwały się pierwsze okrzyki zdziwienia. Odsunęła się od niego gwałtownie i zalała się rumieńcem, zasłaniając usta. Odstawiła dzbanek przy jednym ze stołów i wybiegła na zewnątrz. Nawet nie zauważył jak Siwobrody znalazł się przy nim.
- Zobaczysz co z nią?
Kiwnął głową i ruszył ku wyjściu. Słyszał za sobą jak jego ojciec mówił coś o synowej, śmiejąc się przy tym do rozpuku. Zimne powietrze uderzyło go w twarz, aż przystanął. Rozejrzał się w około by w końcu ujrzeć ją, opartą o ścianę. Wziął głęboki oddech i podszedł do niej.
- Odejdź – syknęła.
- Wybacz moje zachowanie, nie wiem co we mnie wstąpiło.
Wzdrygnął się widząc wściekłe spojrzenie dziewczyny. Miał wrażenie, że nie ważne co powie to i tak będzie na przegranej pozycji. Arten bez słowa go wyminęła i ruszyła jedną z bocznych uliczek. Czuł, że nie powinien za nią iść, bo może jeszcze oberwać trzewikiem, jednak jego duma mu nie pozwalała pozwolić jej się włóczyć nocą po mieście. Chcąc nie chcąc poszedł za nią, by w końcu ją dogonić. Brunetka nawet nie spojrzała na niego, ani się odezwała. Szła równym tempem wpatrując się w przed siebie. Gdy w końcu się zatrzymała, zauważył, że ponownie są pod karczmą.

            Rozejrzała się po holu, lekko stukając nogą. Czuła się zdenerwowana jednak nie wiedziała dlaczego. Nie mogąc ustać w miejscu podeszła do jednego z strzelistych okien i wyjrzała na zewnątrz. Przyglądała się miastu wielkości Amar, jednak było w nim coś innego. Świątynia nie górowała nad przybocznymi budynkami sakralnymi, ale stała obok zwykłych domów. Zamiast gór widziała złotawe pola, które kołysały się z lekkim wietrzykiem. Była pewna, że to nie jest jej rodzime miasto, ale nie potrafiła określić jakie. Poczuła na ramionach czyjeś dłonie, więc gwałtownie się obróciła. Pierwszym co zobaczyła, to czarny materiał koszuli. Dopiero jak zadarła głowę, ujrzała twarz mężczyzny. Miała wrażenie, ze gdzieś już go widziała, ale nie potrafiła określić gdzie. Chciała się odsunąć, jednak jej dłoń sama zaczęła wymachiwać palcem przed jego twarzą.
- Ile można na Ciebie czekać?- fuknęła obrażona. – A mówiłeś, że to ja długo się zbieram do wyjścia
Mężczyzna wzruszył ramionami i zaczął poruszać z ustami. Nie słyszała jego słów, ale czuła, że wzbiera się w niej coraz większy gniew. Tupnęła nogą i wyminęła go.
- Takiś mądry to sam sobie radź!
Szybkim tempem zeszła schodami w dół i wyszła przez drzwi. Jej oczom ukazał się wielki podjazd, na którym stała kareta. Młody chłopak otworzył drzwiczki, jednak wyminęła pojazd i ruszyła żwirowaną drogą w stronę bramy. Poczuła jak ktoś chwyta ją za przed ramię i obraca. Miała wrażenie, ze jej twarz od twarzy mężczyzny dzieliły milimetry, a on ciągle poruszał ustami. Czuła zdenerwowanie, że nic nie słyszy jednak powoli napływała fala uspokojenia. Nagle na jego twarzy pojawił się rumieniec i gwałtownie się odsunął, mamrocząc coś pod nosem.
- Nie musisz przepraszać – podeszła do niego.

            Gwałtownie otworzyła oczy, czując jak jej serce mocno bije. Nie mogła zrozumieć co oznaczają sny, jakie jej się śnią, ale były dla niej jak koszmar. Mimo iż nie działo się w nich nic strasznego, jej serce waliło jak oszalałe, a koszula nocna przyklejała do spoconego ciała. Przeczesała ręką włosy i wpatrywała się w sufit. W pokoju było ciemno, więc wywnioskowała, że jeszcze daleko do świtu. Powoli podniosła się z łóżka i wyjrzała na korytarz. Spodziewała się całkowitej ciemności, jednak na samym końcu przy schodach, migotało światło, jakby ktoś siedział w karczmie przy zapalonej świecy. Bez namysłu zeszła na parter i ujrzała swojego ojca, który oparty łokciami o jeden ze stołów, podtrzymywał rękoma czoło. Nigdy nie uważała go za starego duchem, ponieważ na każdym kroku widziała jak tryska energią. Jednak teraz wyglądał jakby postarzał się o kilka lat. Zrobiła jeden krok w jego stronę, a deski niemiłosiernie zaskrzypiał. Mężczyzna jednym ruchem zwinął materiał, jaki leżał na stole i gwałtownie się obrócił w stronę z której doszedł hałas. Dopiero gdy ujrzał swoją córkę, poczuł ulgę i ponownie zasiadł, lecz schował pod stół owe zawiniątko.
- Co się stało, że nie możesz spać w nocy – odezwał się swoim pełnym uczucia tonem. – Czyżby jakiś młodzieniec zaprzątał Ci myśli.
Zrobiła urażoną minę, że podejrzewa się ją o takie rzeczy. Jednak po części się z nim zgadzała, jakiś mężczyzna tkwił jej w myślach, ale na pewno nie był to Etner. Ten ktoś o kim myślała, był z jego snu, ale nie mogła sobie przypomnieć jego twarzy. Choć tak bardzo pragnęła, by wiedzieć kto w jej sennych marzeniach wzbudzał u niej tak szalone bicie serca, chociaż nie słyszała jego słów. Ten mężczyzna grał na jej wszystkich emocjach, potrafił zmusić ją do zamartwiania, tęsknoty, złości jak i spokoju. Ale kim był, nie mogła powiedzieć. Dopiero po kilku chwilach zrozumiała skąd te bicie serca po przebudzeniu. Czuła coś nowego – pożądanie.
Siwobrody spojrzał bacznie na córkę, która widocznie biła się ze swoimi myślami. Widział jak nagle oblewa się rumieńcem, a piersi unoszą się szybciej pod wpływem jej oddechu. Zaczął podejrzewać, że trafił w sedno, chociaż miał wrażenie, że Etner nie wzbudzał w Arten wielkiej sympatii. Chociaż długo nie wracali, więc mógł coś jej zrobić. Starał się odgonić te posępne myśli, wierząc w czystość swojej córki.
- Ojcze, czy miałeś kiedyś sny niezależne od Ciebie? – spytała cicho.
Miał ochotę odmówić modlitwę do Chwalebnej Misty, na myśl o jakich snach chodzi Arten. W końcu jego zdaniem jest w takim wieku, kiedy jej ciało i umysł zaczynają dostrzegać pewne aspekty. Dziewczyna szybko zauważyła na twarzy ojca zażenowanie sytuacją i od razu zrozumiała jak to zrozumiał.
- Znaczy się takie, gdzie jesteśmy świadkiem jakiegoś zdarzenia, ale nic nie możemy zrobić chociaż chcemy.
- Nie wiem, nie mam takich snów – odpowiedział ostrożnie. – Może chcesz porozmawiać o tych snach z matką. Wytłumaczy Ci co i jak.
Czuła jakby ktoś wymierzył jej policzek, przecież nie śniła o kontakcie cielesnym z mężczyzną tylko o… Sama nie wiedziała czym, ale takie oskarżenia były dla niej bolesne. Obróciła się na pięcie i wróciła na piętro, by wpaść do swojego pokoju. Zakryła twarz dłońmi i zsunęła się powoli na ziemię, opierając się o drzwi. Nie wiedziała co się z nią dzieje, jednak wyobraziła sobie scenę o którą oskarżał ją ojciec. Chciała zapaść się pod ziemię, nie wierząc w to jakie figle płata jej ciało. Wstała powoli i skierowała się w stronę łóżka, by po chwili na nie paść. Nie mogła zasnąć a ukojenie dało jej jedynie zaspokojenie po części żądz jej ciała. Miała jedynie nadzieję, że nikt nie dostrzeże to co właśnie robiła, czuła się taka brudna i nieczysta.

            Kiedy się obudziła robiła wszystko by nie patrzeć rodzicom w oczy. Śniadanie wolała zjeść w czasie sprzątania, a do kuchni weszła dopiero kiedy nikogo w niej nie było. Przeświadczenie, że parę godzin temu zaspokajała się sama, swoimi dłońmi było dla niej przerażające. Jednak nigdy nie czuła czegoś takiego. Ta fala gorąca, prąd przechodzący przez ciało i najważniejsze – rozkosz. Chciała by trwała wiecznie, jednak znikła tak szybko jak się pojawiła i zostawiła ją samą wyczerpaną. Dobrze wiedziała, że teraz będzie chciała ją zaznać częściej, a myśl, że mężczyzna może ją doprowadzić do takiego stanu była bardzo kusząca. Ale chciała by to był On – z jej snu. Właśnie z myślą o nim posunęła się do tego haniebnego czynu. Dobrze wiedziała, że źle robiła ale gdzieś tam na dnie jej serca, bardzo jej się podobało łamanie zasad.

Gdy wyszła z rana na ulicę, odruchowo przyglądała się każdemu mijanemu mężczyźnie z nadzieją, że któryś z nich jest tym tajemniczym z jej snów. Jednak nikt nie wydawał jej się odpowiedni, chociaż dobrze wiedziała, że nie pamięta jego wyglądu. Snuła się tak ulicami bez celu, aż wyszła po za bramę miasta. Odruchowo ruszyła w kierunku drzewa, pod którym ostatnio siedziała. Wydawało się to na jedyne miejsce, gdzie mogła spokojnie usiąść i rozmyślać nad snem. Nie mogła zrozumieć skąd u niej takie emocje, przecież nigdy nie pożądała jakiegoś mężczyzny. Wszyscy wydawali jej się tacy dziecinni lub za starzy. A jeden i to najprawdopodobniej nierealny doprowadził ją do takiego stanu. Usiadła pod drzewem, dokładnie ukrywając swoje nogi pod materiałem sukni i spojrzała w górę. Była ciekawa czy jeśli ponownie zaśnie to znów go zobaczy. Na samą taką wizję czuła jak zaczyna szybciej oddychać. Jednak nie miała pewności. Zanim to jej się przyśniło to wcześniej, przecież było coś strasznego. Więc jeśli i teraz będzie mieć koszmar. Zamknęła oczy zasmucona swoją bezradnością. Wtedy wieczorem łatwo mogła sobie wyobrazić sytuację, ale nie przynosiło to takich emocji jak sen. Była ciekawa co by było, gdyby ze sobą to połączyła.

Znowu widziała jego twarz, jednak nawet jak chciała się skupić to nie potrafiła ją spamiętać. Zwłaszcza teraz, kiedy pochylał się nad nią i poruszał ustami. Wiedziała, że coś mówi ale jak zwykle nie słyszała co. Jednak czuła, jak jej ciało zalewa fala gorąca, serce zaczyna szybciej bić oraz ten prąd przechodzący wzdłuż kręgosłupa. Oddychała szybko i płytko, wpatrywała się w jego oczy i nic nie mówiła. Po chwili poczuła na ustach szorstkie wargi, które się w nie wpiły. Zamknęła oczy i pozwalała by mężczyzna ją całował. Czuła jak narasta w niej podniecenie, kiedy jego ręka znalazła się na jej tali. Nie mogła się powstrzymać by nie objąć jego szyję ramionami i ograniczyć dzielącą ich przestrzeń do minimum. Wplotła swoje palce w jego włosy, a jego dłoń zsuwała się coraz niżej. W końcu chwycił nimi jej pośladki i uniósł ją na wysokość swoich bioder. Otworzyła oczy i przyjrzała mu się, widziała na jego twarzy pożądanie jak i ból, jednak nie przejmowała się tym i oplotła jego biodra swoimi nogami i pocałował go w usta. Czuła jak robi kroki w jakimś kierunku i po chwili leżała na łożu, a on nad nią klęczał. Dobrze wiedziała, że się waha, więc sama rozwiązała wstążkę w sukience, odsłaniając częściowo piersi. Zadziałało to pobudzająco na mężczyznę, którego oczy aż paliły się z podniecenia.


            Tak jak zwykle, gwałtownie się obudziła. Czuła jak jej ciało pragnie zaznać to co nieuchronnie zbliżało się we śnie, jednak zostało brutalnie przerwane. Szybko oddychała, a wzrok miała zamglony. Dopiero po chwili widziała wszystko wyraźnie i zaczęła tego żałować. Widziała przed sobą twarz Etnera, która była bardzo blisko jej. Przyglądał się bacznym wzrokiem, jakby chciał odkryć co jej się śniło. Odruchowo na jej twarzy pojawił się rumieniec. Nie chciała by tak żenująca prawda została przez niego odkryta.
- Co robisz? – spytała niepewnie.
Nic nie odpowiedział, a sama odkryła, że jego bliskość ciała w tym momencie doprowadza ją na skraj pożądania. Dobrze wiedziała, że nie chce tego ale po tym tak realistycznym śnie, Etner był zbyt blisko.
- Nie powinnaś zasypać w takim miejscu – powiedział oschle. – Każdy inny mężczyzna wykorzystałby sytuację.
Nie wiedziała czy ją przejrzał, czy mówi o czymś innym. Myśli Arten krążyły tylko w okól snu, który wywarł tak wielkie wrażenie. Podniosła się powoli, chcąc zmniejszyć dystans.
- Niby jak – spytała odwracając głowę, starając zachować się naturalnie.
- Czy to nie logiczne o czym mówię – westchnął i się wyprostował.
Kiedy myślała nad odpowiedzią poczuła jak Etner kładzie rękę na jej tali. Arten odruchowo powędrowała myślami do tych marzeń sennych obawiając się końca tej sytuacji. Jednak chłopak zmusił brunetkę by oparła się o drzewo, a sam wolną rękę oparł o korę. Schylił się i spojrzał jej w oczy.
- Żaden mężczyzna potrafi się oprzeć bezbronnej, pięknej kobiecie. Zrobiliby Ci krzywdę na całe życie, więc nie zmuszaj mnie bym tłumaczył Ci o co mi chodzi.
Czuła w jego głosie powagę, chociaż była pewna, że to jakiś żart. Zmieniła zdanie kiedy spojrzała mu w oczy. Były poważne, ale także dało się zauważyć w nich coś na styl żądzy. Widziała to samo kiedy pierwszy raz się spotkali. Mimo, że mówił coś innego, chciał by była jego własnością. Dopiero teraz to zrozumiała. Gdy pocałował ją w karczmie, pokazał wszystkim, że nie mają z nim szans. A teraz złościł się, że naraziła swoją czystość na szwank. Spuściła głowę, pełna skruchy, miała nadzieję, że teraz puści ją wolno. Jednak dalej nie pozwalał jej odejść, więc spojrzała na niego. Gdyby tego nie zrobiła pewnie by jej się udało w końcu odsunąć, jednak gdy ujrzała ten wyraz bólu coś w niej pękło. Nie panowała nad swoim ciałem, poruszało się same. Jej ręka mimowolnie dotknęła jego policzka, a usta złączyły się z jego. Nie czuła z jego strony oporu, wręcz przeciwnie. Etner przycisnął ją mocniej do drzewa przejmując całą inicjatywę. Jego dłonie wędrowały po jej tali, chcąc schodzić niżej. Jednak za każdym razem się cofały. Chłopak nie chciał posunąć się dalej, dlatego po chwili wypuścił Arten z objęć i wpatrywał się w nią oczekując jakichkolwiek słów. Potrzebowała ona trochę czasu by powrócić do rzeczywistości i kiedy uzmysłowiła sobie co zrobiła, poczuła jak ją zaczynają palić policzki. Nie wiedziała co nią kierowało i wstydziła się spojrzeć Etnerowi w oczy. Wiedziała, że zrobiła mu nadzieję, chociaż nie darzyła go tak wielkim uczuciem. Nie mogła zaprzeczyć, że czuła się dobrze w jego towarzystwie oraz swobodnie, ale nigdy nie pomyślała o tym by zmienić relację przyjacielską na inną. Dlatego zdenerwowała się w karczmie gdy ją pocałował. W głębi odczuwała większą chęć posiadania przyjaciela niż mężczyzny, mimo snów jakie ją dręczyły.
- Jutro z rana wyjeżdżam wraz z karawaną – odezwał się Etner chcąc zniwelować powstałą ciszę. – Dlatego nie uznam tego jako coś zobowiązującego, nie musisz się martwić.
W końcu na niego spojrzała i dostrzegła tą samą radosną twarz, którą zobaczyła podczas kolacji u siostry. Wysiliła się na uśmiech, chociaż czuła się z tym wszystkim źle. Młodzieniec chciał poprawić jej humor nie naciskając na decyzję, jednak spowodował coś całkowicie odwrotnego. Arten nie mogła zrozumieć jak taki pocałunek można uznać za nic wielkiego. Zawsze uważała, że ten gest jest zarezerwowany dla najbliższej osoby i oznacza miłość, a przed chwilą go zbezcześciła z powodu pożądania. Do tego nie postacią Etnera tylko nieznanego mężczyzny ze snu.
- W takim razie życzę Ci udanej podróży już teraz. Chyba, że zajdziesz jeszcze dzisiaj do karczmy to jeszcze się z tym wstrzymam.
Kiedy rudzielec podniósł głowę i spojrzał w niebo, od razu zrozumiała, że to co między nimi wcześniej było przestało już istnieć. Oboje zaczęli zwracać uwagę na to co mają powiedzieć oraz co robią, by ponownie nie dopuścić do tak niezręcznej sytuacji.

___________________
A więc po ostrej cenzurze w końcu dodałam trzeci rozdział. Namęczyłam się kiedy musiałam usuwać to nad czym kiedyś tyle czasu spędziłam, ale nawet jestem zadowolona z efektów. 
Do tego dodam, że od następnego tygodnia oprócz Conslation pojawi się Funhouse, które zostało wręcz wymarudzone. To jest chyba jedyne opowiadanie pisane w trakcie innego, które skończyłam. Znaczy się nie miałam zakończenia, ale zostało już dopisane i teraz czeka na łaskawe przepisanie na komputer (W tym będzie znaczny problem). Na dowód zamieszczam zdjęcie z pierwszą stroną mojego zeszytu zrobione zaraz po dopisaniu zakończenia.